niedziela, 12 listopada 2017

62. Rodziny się nie wybiera, przyjaciół owszem


Koniec marca przyniósł ze sobą znaczne ocieplenie. Wszystko zaczęło budzić się do życia, więc i błonia przestały świecić pustkami. Spora grupka Ślizgonów również właśnie na nich postanowiła spędzić piątkowe popołudnie. Towarzystwo podzieliło się na kilka grupek.
Hermiona korzystając z cienia i oparcia drzewa, spędzała czas na lekturze czegoś innego niż Historii Ludzi Lasu. Draco zadecydował, że dzisiejsze popołudnie spędzają poza zamkiem, a tu nie mogła wziąć ze sobą woluminu. Musiała jednak sama przed sobą przyznać, że to miła odmiana. Przez ostatnie tygodnie wszystko kręciło się wokół tłumaczenia. Nawet ona potrzebowała chwili wytchnienia.
Również nieco na uboczu siedzieli Tracey i Wiliam. Oboje dzierżyli w dłoniach ołówki, a przed nimi na podkładkach spoczywały pergaminy. Szkicowali jezioro oraz fragment lasu. Tracey do tego stopnia zafascynowały wspaniałe prace Wiliama, że sama również postanowiła zgłębić tajniki rysunku. Na razie efekty były dość marne, ale rekompensował jej to cierpliwy i czarujący nauczyciel. Każdego dnia dziękowała Salazarowi, że zgodziła się na tę randkę. Wiliam okazał się fantastycznym kompanem do rozmów i uwielbiała spędzać z nim czas. Przy nim czuła się po prostu wyjątkowa. Miała nadzieję, że z tej znajomości naprawdę wyjdzie coś więcej.
Największą grupę stanowili zawodnicy Quidditcha i inni jego miłośnicy, między innymi Dafne i Pansy. U tej drugiej miłość kończyła się na jednym z zawodników, ale był to wystarczający powód, aby przysłuchiwać się nudnym dla niej wywodom.
— Mówię wam, że trzeba grać ostro. Gryfiakom honor na to nie pozwala, a poza tym mają sporo lasek, które nie trudno będzie wyeliminować.
Adrian wygłaszał swoje mądrości na temat czekającego ich meczu z Gryffindorem. Nie przeszkadzało mu w tym, że nie jest ani kapitanem, ani nawet zawodnikiem pierwszego składu.
— O ile mnie pamięć nie myli, to w zeszłym sezonie Weasleyówna robiła z tobą, co chciała i nawet kafla nie potrafiłeś przy niej utrzymać.
Skwitował wywody kolegi Draco. Nie odpuszczał żadnej okazji, aby mu dopiec. Nie trawił go i nie krył się z tym. Fakt, że ten leszcz nie dostał się do pierwszego składu, nadal go cieszył i starał mu się o tym jak najczęściej przypominać.
— Nikt cię nie pytał o zdanie, Malfoy. Miałem problemy z miotłą.
— O ile mi wiadomo, Ginny lata na Zmiataczu 7, więc nie sądzę, żeby dysponowała lepszym sprzętem. Tu w grę wchodzą raczej umiejętności.
Stwierdziła Dafne urażona słowami Adriana o eliminacji dziewcząt. Typowy przedstawiciel gatunku uważającego, że Quidditch to sport wyłącznie dla mężczyzn, co doprowadzało ją do szału.
— Znawczyni się znalazła. Co taka panna może wiedzieć o lataniu?
— W konkursie rzutów miała sześć, a ty przypomnisz nam ile? Trzy, cztery?
W obronie Dafne stanął Teodor. Pucey dużo mówił, ale na tym jego zdolności się kończyły. Oddałby wszystko, aby zamiast niego mieć w drużynie Dafne, ale musiał z tym zaczekać do przyszłego roku. Nie miał wątpliwości, że panna Greengrass przy następnych eliminacjach dostanie się do drużyny bez względu na to, kto będzie kapitanem.
— Z Longbottomem jako obrońcom na pewno.
— Ja broniłem.
Mimo straconej pozycji Adrian zamierzał dalej brnąć w tę dyskusję, lecz w słowo wszedł mu Blaise.
— Weź ty się człowieku, bardziej nie pogrążaj, bo robisz z siebie pośmiewisko. Wróćmy do tematów przyjemniejszych niż twoja nieudolność życiowa.
Tym razem Adrian milczał, gotując się z wściekłości. Za kogo ta cholerna trójca się uważała? I jeszcze ta pusta blondyna na dokładkę. Co takie dziewczątko mogło wiedzieć o Quidditchu? Adrian postanowił nie zniżać się dłużej do ich poziomu i za najlepsze wyjście uznał milczenie. Po chwili znalazł sobie jednak sposób na odreagowanie. Nieopodal nich spacerowali Weasley z tą swoją piskliwą Brown. Wyśmienity zbieg okoliczności. Nic tak nie poprawia człowiekowi humoru, jak gnębieni leszcza.
— Weasley, cóż za ulga widzieć cię odklejonego od twojej panny. Przez was zaczynałem już mieć problemy z żołądkiem!
Krzyknął Adrian na tyle głośno, aby usłyszeli go wszyscy wokół. Skoro już zamierzał zrobić przedstawienie, niech cieszy się nim większa publika.
— Odwal się, Pucey.
Rzucił gniewnie Ron, czując, jak czerwienieją mu uszy. Słyszał śmiechy innych przygłupów, choć starał się ich ignorować.
— Cóż za cięta riposta. Dziewczyna cię nauczyła?
— Pilnuj swojego nosa, ty parszywy wężu.
— Uuu mocne słowa jak na Gryfiaczka. Jak ci to przeszło przez gardło?
Ron popełnił poważny błąd, zamiast odejść, podszedł do grupki Ślizgonów. Właśnie na to liczył Adrian. Sam podniósł się z trawy i teraz stał naprzeciwko rudzielca.
— O co ci chodzi? Jak nie masz swojego życia, to nie mój problem, więc się odwal.
— Mon-Ron, chodźmy stąd.
Poprosiła Lavender, ciągnąc swojego chłopaka za rękę. Nie chciała tracić czasu na kłótnie z tym wstrętnym Ślizgonem.
— Właśnie, Mon-Ron, słuchaj swojej dziewczyny. Na pewno ma większe jaja od ciebie.
— Odczep się od nas. Ron, idziemy.
— Ron, idziemy.
Adrian zaczął naśladować piskliwy głos Lavender, czego Ron nie potrafił dłużej znieść. Cały czerwony na twarzy zaczął podwijać rękawy.
— Zaraz ci zniknie ten paskudny uśmieszek.
Ron już zamierzał rzucić się z pięściami na Adriana, gdy nagle znikąd pomiędzy nimi pojawiła się Hermiona.
— Dość tego.
Powiedziała stanowczo, patrząc na Puceya. Nie potrafiła dłużej znieść jego żałosnych popisów. Pastwił się nad niczemu winnym Ronem dla jakiegoś chorego kaprysu, próby połechtania swojego ego. To jedna z niewielu rzeczy, jakimi gardziła.
— O coś konkretnego ci chodzi?
Zapytał Adrian, udając głupiego. Zabawa zaczęła się rozkręcać. Interwencja Riddle dała mu jeszcze większe pole do popisu.
— Masz ich natychmiast zostawić w spokoju.
— Chyba trochę za późno na amory do rudego. Jak widać, on ma już swojego rycerza, a poza tym nasz Draco będzie niepocieszony.
— Licz się ze słowami, idioto, bo zaraz inaczej porozmawiamy.
Powiedział Draco, podnosząc się z ziemi, po czym stanął obok Hermiony. W ślad za nim poszli Blaise i Teodor, nie chcąc dopuścić do kolejne bójki tej dwójki.
— Jeśli sądzisz, że swoim dziecinnym gadaniem zrobisz na kimkolwiek wrażenie, to jesteś w błędzie. Oszczędź resztki swojej godności, której i tak nie posiadasz za wiele i nie katuj nas swoimi wywodami, a najlepiej i towarzystwem.
— Widzisz, Weasley, to się nazywa inteligentna riposta. Wiem, trudne słowa, ale z czasem może i ty je opanujesz.
— Czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię? Skończ te…
— Po co się wtrącasz?
Hermiona umilkła. Wszystko wskazywało na to, że to pełne wyrzutu pytanie Ron zadał jej. Zwróciła się w jego stronę i istotnie patrzył na nią.
— Słucham?
— Nie prosiłem cię o pomoc.
Warknął Ron, przez którego przemawiał gniew. W jego mniemaniu Hermiona wtrąciła się, aby jeszcze bardziej go upokorzyć. Złość przysłaniała mu wszystko inne. Nie dostrzegał nawet zmieszanej i zbolałej miny panny Riddle.
— Wiem.
— Więc po co się wtrącasz? Nie myśl sobie, że będę ci teraz dziękował.
— Nawet na to nie liczyłam.
Odpowiedziała pełnym goryczy głosem Hermiona, po czym jak najszybciej odeszła w stronę jeziora.
— Brawo, Weasley pokazał pazurki.
Zarechotał Adrian, choć absolutnie nikt nie podzielał jego wesołości. Wszyscy skupili się na Hermionie, która z powodu chęci pomocy, została potraktowana jak śmieć.
— I co zrobiłeś, Weasley? Jesteś z siebie zadowolony? Ty to wszystko potrafisz spieszyć, nawet jak ci ktoś pomaga.
Draco najchętniej dałby tej łasicy w mordę. Riddle staje w jego obronie, a ta niewdzięczna szuja odpłaca jej się czymś takim. Z uwagi na ich wcześniejszą przyjaźń i dobre chęci Hermiony powinien trzymać gębę na kłódkę. Był tu jednak ktoś jeszcze, kogo Draco najchętniej obdarłby ze skóry. Nie namyślając się długo, odwrócił się w stronę Puceya i pchnął go z całej siły. Ten nie spodziewając się tego, stracił równowagę i runął na ziemię. Draco pochylił się nad nim, mierząc w niego oskarżycielsko palcem.
— A ty odezwij się do niej jeszcze choćby słowem, a taki ci rozkwaszę gębę, że będzie się nadawała tylko na żarcie dla hipogryfów.
Nie zwlekając dłużej, Draco ruszył za Hermioną, która stała na brzegu jeziora. Obejmowała się ramionami i patrzyła w dal.
— Nie przejmuj się, mała.
Powiedział Draco, stając obok niej. Położył jej rękę na ramieniu, aby jej nie wystraszyć.
— Chciałam mu tylko pomóc.
Wyznała słabym głosem Hermiona i Draco wiedział, że to, co się stało, naprawdę ją zabolało. Nie czekając, przygarnął ją do siebie i przytulił.
— Wiem, ale widocznie na to nie zasługiwał.
Hermiona wiedziała, że Draco ma rację, ale nie potrafiła się wyzbyć dotkliwego poczucia straty. Ron to jej dawny przyjaciel. Niegdyś stali za sobą murem, a jedno za drugim wskoczyłoby w ogień, tak przynajmniej myślała. Rozumiała, że wiele ich podzieliło, ale nie sądziła, że między nimi nie ma już zupełnie nic. Ron potraktował ją jak najgorszego wroga, a przecież chciała mu wyłącznie pomóc. Przez wzgląd na ich przyjaźń, nie potrafiła się bezczynnie przyglądać, jak ktoś z niego drwi. Osiągnęła tylko to, że stała się kozłem ofiarnym i zyskała pewność, że Ron stracił do niej nie tylko sympatię, ale i szacunek.
— Nie przejmuj się nim, to zwykły dupek. Jak chcesz, wyrwę mu te wszystkie rude kłaki.
Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła, opierając głowę o tors Dracona. Było jej potwornie przykro, ale przynajmniej miała przy sobie jego. Draco samą swoją obecnością potrafił osłodzić największą gorycz.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Ron i Lavender oddalili się zaraz po Draconie i usiedli przy drzewie nieopodal jeziora. Dopiero po chwili zauważyli, że znajdują się blisko Malfoya i Riddle. Ron mimowolnie zaczął ich obserwować. Z ich zachowania mógł wywnioskować, że Malfoy pocieszał Hermionę, aby w końcu ją przytulić i gładzić po włosach. Nie wyglądała, jakby przed chwilą dobrze się bawiła, wręcz przeciwnie. Draco cały czas coś do niej mówił, lecz Ron nie widział jej twarzy, ponieważ blondyn nie wypuszczał jej z objęć. Chciał wierzyć, że dobrze zrobił i Riddle sobie na to zasłużyła. Gniew jednak powoli mijał, a do głosu zaczął dochodzić rozsądek. Czym Hermiona zawiniła? Stanęła w jego obronie, przeciwstawiając się jednemu ze swoich. Gdzie się tu doszukiwać złych intencji? Hermiona zawsze broniła słabszych, a nawet im z Harrym pomagała w niejednym konflikcie, aby nie doszło do rękoczynów. Wszystkie argumenty przemawiały na korzyść Hermiony i jasno wskazywały, że to on zachował się jak niewdzięczny prostak.
— Wszystko w porządku, Mon-Ron? Nie przejmuj się tym wstrętnym człowiekiem, dobrze mu powiedziałeś.
Szczebiotała uwieszona na ramieniu Rona Lavender. Zdawała się niewzruszona sytuacją z Hermioną. Nigdy szczególnie za nią nie przepadała, była zazdrosna, że to jej Ron poświęcał całą swoją uwagę. Teraz jednak ten problem zniknął, bo Hermiona już się dla niego nie liczyła, więc nie zamierzała się nią przejmować.
— To Hermiona nas obroniła.
— Nonsens, ty jesteś moim bohaterem.
Ron ni jak tego nie skomentował. Lavender nic nie rozumiała. Nigdy nie lubiła Hermiony. On również wmawiał sobie, że stracił do niej całą sympatię. Dzisiejsze wydarzenia dały mu jednak do myślenia. Skreślił Hermionę z powodu jej pochodzenia, a każde zachowanie odbierał jako negatywne. Czy jednak aby na pewno miał rację? Ginny pomimo jego sprzeciwów nadal zadawała się z Hermioną. Czasami o niej opowiadała, zarzekając się, że jeśli się zmieniła to tylko na lepsze. Nie chciał w to wierzyć, wygodniej mu był ją postrzegać jako złą. Ile jednak mógł tkwić w tym kłamstwie? Hermiona to najwspanialsza osoba, jaką kiedykolwiek poznał. Nie zasłużyła na te wszystkie przykrości z ich strony.
— Cześć wam.
Niespodziewanie przy parze pojawili się Harry i Ginny. Oni również uznali, że jest idealna pogoda na spacer, a że zauważyli Rona i Lavender, postanowili podejść.
— O jest nawet Hermiona. Idę się przywitać.
Ron nie zdążył powstrzymać swojej siostry, gdyż ta już ruszyła w stronę pary Ślizgonów. Jako pierwszy zauważył ją Draco i nie wydawał się szczególnie zadowolony z jej obecności. Ginny nie zdążyła wypowiedzieć choćby słowa, ponieważ ją uprzedził.
— Wybacz, wiewióra, ale na dzisiaj mamy już dosyć Weasleyów, więc znikaj.
— Draco, przestań, Ginny nic nie zrobiła. Przepraszam za niego.
Hermiona wyplatała się z uścisku chłopaka i stanęła przodem do Ginny, która nie rozumiała, co się dzieje. 
— O co tej fretce chodzi? Co się stało?
Ginewra była wyraźnie zmartwiona. Warczący Malfoy i do tego wyglądająca na strutą Hermiona. Coś się musiało stać, tylko co ona miała z tym wspólnego.
— Nic, wszystko w porządku. Spotkajmy się jutro po obiedzie, wtedy porozmawiamy.
Hermiona nie chciała się skarżyć Ginny, dlatego wolała uciec.
— W porządku.
Odpowiedziała Ginny, obserwując, jak Draco obejmuje Hermionę i oboje się oddalają. Jej mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Co tu się mogło stać? Zrozumienie przyszło, gdy przypomniała sobie słowa Malfoya.
— Ron.
Warknęła pod nosem Ginny, ruszając w stronę brata. W Hogwarcie poza nią przebywał tylko jeden Weasley, który dziwnym trafem również znajdował się na błoniach. Nie trzeba być geniuszem, aby się domyślić, o kogo chodziło Malfoyowi.
— Masz mi w tej chwili powiedzieć, co robiłeś Hermionie.
Zapytała gniewnie Ginny, opierając dłonie na biodrach. Przypominała teraz Molly Weasley, gdy ta strofowała swoje dzieci.
— Ja nie chciałem…
— Nie tłumacz się, Ron. A ty natychmiast przestań na niego krzyczeć.
Lavender niczym lwica stanęła w obronie swojego chłopaka, lecz nie doceniła gniewu Ginny.
— Zamilcz, ty pudlu nieuczesany, bo jak naślę na ciebie upioronogacka, to odechce ci się wszystkiego. Z tobą nie rozmawiam, więc siedź cicho, a najlepiej sobie stąd idź.
— Mon-Ron, powiedz coś.
Lavender szukała ratunku u swojego chłopaka. Ginny momentami ją przerażała. Była nieobliczalna, a jej wybuchowy charakter sprawiał, że często zamieniała słowa w czyny.
— Spotkajmy się później, Lav.
Odpowiedział ku zdziwieniu Lavender Ron. Oburzona dziewczyna prychnęła pod nosem, po czym dumnym krokiem ruszyła w stronę zamku.
— Może teraz nam wyjaśnisz, co tu się stało.
— Ginny, uspokój się i daj mu dojść do słowa.
Powiedział Harry, usiłując uchronić przyjaciela przed atakiem jego siostry. Sam usiadł obok Rona i poklepał go po ramieniu. Ginny policzyła w myślach do pięciu i również usiadła. Powtarzała sobie, że spokojem osiągnie więcej, więc postanowiła zdać się na Harry’ego. Ron z ciężkim sercem, ale zaczął relacjonować całą kłótnię z Puceyem oraz udział w niej Hermiony. O ile Harry wyglądał na spokojnego, Ginny wprost kipiała z wściekłości.
— Jak mogłeś, Ronaldzie? Ja wszystko rozumiem, ale ona chciała ci tylko pomóc.
— Ginny, zrozum, że w tych okolicznościach…
— W jakich okolicznościach, Harry? Czemu ona jest winna? Sama sobie nie wybrała ojca. Wierzycie w każde słowo Dumbledore’a, jakbyście nie mieli własnego rozumu. Szkoda tylko, że to Hermiona na tym cierpi. Żaden z was nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, ile jest prawdy w tym, w co tak ślepo wierzycie. Momentami was nie poznaję. Jesteście gorsi od takiego Puceya, on przynajmniej nie dręczy przyjaciół.
Ginny nie zamierzała spędzić w towarzystwie chłopaków ani minuty dłużej. Natychmiast podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę zamku. Ich stosunek do Hermiony i to, w jaki sposób ją traktowali, sprawiały jej przykrość, choć nie mogło się to równać z tym, co zapewne czuła Hermiona.
— Ona ma rację.
Stwierdził z goryczą Ron, który był w pełni świadomy swej winy. Zazdrość i żal przysłoniły mu wszystko inne. Czy jednak naprawdę tak wiele się zmieniło? Obserwowali Hermionę na lekcjach, przerwach, posiłkach i w wielu innych okolicznościach. Nigdy nie zadzierała nosa, nie wywyższała się, nikomu nie sprawiała przykrości. Gdzie więc miejsce na tego demona, przeklęte dziecko Lorda Voldemorta? Wierzyli w to, co chcieli w to, co było dla nich prostsze. Dlaczego Hermiona miałaby się zadawać z kimś takim?
— Dumbledore twierdzi…
— Nie posądzam go o kłamstwo, ale może to jego ktoś okłamuje? Może ma złych informatorów, sam nie wiem. Po prostu, gdy patrzę na Hermionę, nie potrafię sobie jej wyobrazić robiącej te wszystkie złe rzeczy.
Harry w głębi duszy zgadzał się z przyjacielem, po prostu już sam nie wiedział, co myśleć. Wszyscy usiłowali mu wmówić, co innego, czegoś od niego oczekiwali. Nikt nie rozumiał, że jest coraz bardziej zagubiony. Ogrom ciążącego na nim brzemienia przytłaczał go coraz bardziej. Nie chciał nikogo zawieść, lecz zaczynał tracić siły. Los bywa wręcz okrutny, ponieważ czuł, że to właśnie Hermiony teraz potrzebował, jej chłodnej logiki, inteligencji i przeświadczenia, że ze wszystkim da sobie radę. Po odejściu Hermiony stracił jeden ze swoich filarów i nie potrafił go zastąpić.
— Nie mamy innego wyjścia, Ron. Musimy zacząć działać na własną rękę i dowiedzieć się, kto w tym zamku chce zaszkodzić Hermionie.
Obaj panowie byli zdeterminowani i pewni, że tylko sami mogą sobie pomóc. Nie pozwolą dłużej mydlić sobie oczu. Odkryją prawdę, nieważne za jaką cenę.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Draco i Hermiona siedzieli na pomoście, rzucając do wody kamienie. Draco uparł się, aby opuścili zamek, a kierowała nim przede wszystkim troska o Riddle. Kłótnie z Ronem przeżyła gorzej, niż się spodziewał. Nie rozmawiali o tym za dużo, ale widział, że jest markotna i bardziej zamyślona niż zwykle. Z trudem się powstrzymywał, aby nie dorwać Weaselya i nie dać mu dobitnie do zrozumienia, jak wielkim kretynem jest. Powtarzał sobie jednak, że to Riddle jest najważniejsza.
— O czym myślisz?
Zagadnął ją w końcu Draco, nie mogąc dłużej znieść tej ciszy.
— O tym, jak bardzo wszystko się zmieniło.
— To znaczy?
— Kiedyś miałam tylko Harry’ego, Rona i Ginny. Zawsze myślałam, że po skończeniu Hogwartu całą czwórką dalej będziemy ratować świat, osiądziemy w ministerstwie, oni założą rodziny. To wszystko wydawało się takie oczywiste i pewne.
— A teraz?
— Teraz?
Powtórzyła Hermiona, na chwilę pogrążając się w myślach. To o czym mówiła, już od dawna nie miało prawa się spełnić. Jej poukładana przyszłość przepadła, wraz z odnalezieniem starego listu Jamesa Pottera.
— Teraz zło, z którym tak chciałam walczyć, okazało się moją rodziną, a Harry i Ron nie chcą mnie znać.
— Jest jeszcze Weasleyównie, ona nie jest tak tępa, jak jej braciszek i chłoptaś. Nie zapominaj też o Dafne, Teodorze, Blaise’ie, może dziwnie to okazuje, ale on też stanąłby za tobą murem.
Draco za wszelką cenę chciał udowodnić Hermionie, że nie są sami i jest wiele osób, które Hermiona obchodzi. Znając Riddle, nawet nie zdawała sobie sprawy, jak dużo dla nich znaczyła.
Hermiona uśmiechnęła się na te słowa. Część niej zdawała sobie sprawę, że on ma rację. Czuła to, przebywając wśród tych osób. Nawet Tracey wydawała się do niej o wiele lepiej nastawiona. To podtrzymywało ją na duchu.
— Skoro nie będziesz ratować świata, to co chcesz robić po Hogwarcie?
Zapytał Draco, którym tym razem kierowała zwykła ciekawość. Zdał sobie sprawę, że nigdy nie rozmawiali o przyszłości. Ich świat zaczynał się i kończył na Hogwarcie. To on stanowił centrum ich świata. Zostało im jednak półtora roku szkoły i co dalej?
— Chciałabym zobaczyć Francję i poznać rodzinę. Potem myślę o kursie na magomedyka.
Hermiona coraz śmielej patrzyła w przyszłość. Zdawała sobie sprawę, że ogranicza ją sytuacja rodzinna, ale przecież taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. W końcu nadejdzie takie czas, gdy będzie mogła odwiedzić Francję i poznać krewnych. Dzięki swojej mocy i niezliczonej licznie przeczytanych ksiąg autorstwa jej przodków czuła z nimi swego rodzaju więź. Wspaniale byłoby ich poznać. To tak jakby odkryła nową część siebie.
Pomysł z magomedyctwem zrodził się w jej głowie niedawno. Zawsze ciągnęło ją w tym kierunku, ale uważała, że lepiej jej będzie wśród przyjaciół w Ministerstwie. Teraz nic jej tam nie ciągnęło.
— To mówisz, że na wakacje po siódmym roku wybieramy się do Francji.
Stwierdził z zadowoleniem Draco, na co Hermiona spojrzała na niego z uśmiechem.
— Nie przypominam sobie, żebym coś ci proponowała.
— No co ty, mała. Bez obstawy nie pojedziesz, a nie zapominaj, kto cię niańczy od września.
Hermiona roześmiała się na to wspomnienie. Doskonale pamiętała swoje niezadowolone, gdy ojciec usiłował odwieść ją od powrotu do szkoły, nasyłając na nią Malfoya i jego bandę. Gdyby tylko wiedział, do czego to doprowadzi, dwa razy by się wcześniej zastanowił.
— Przejdźmy się.
Zaproponowała nagle Hermiona, podnosząc się pomostu. Draco nie protestując, uczynił to samo i ruszyli w drogę. Po chwili wrócili do tematu przeszłości.
— A ty, o czym myślisz po Hogwarcie?
Na pytanie Hermiony, o ile to możliwe, Draco nieco się zmieszał. Riddle miała być pierwszą osobą, która usłyszy o jego być może mało realnych marzeniach.
— Chcę produkować miotły, stworzyć własną markę.
Draco spodziewał się różnych reakcji Hermiony, znając jej podejście do Quidditcha. Nie mniej jednak nieco go zdziwiła.
— Naprawdę? To świetny pomysł. Myślałeś już nad nazwą?
Draco zaczął opowiadać, a Hermiona co rusz zadawała kolejne pytania. Mogła się nie interesować Quidditchem, ale Draco obchodził ją bardzo. Wystarczyło jej to, z jakim ożywieniem i zaangażowaniem opowiadał o swoich planach. Zawędrowali tak aż na odległy brzeg jeziora, gdzie niemal nikt się nie zapuszczał, a woda niemal stykała się z Zakazanym Lasem. Nagle idąca od strony drzew Hermiona potknęła się o wystający korzeń i nim Draco zdążył ją złapać, upadła. Pech chciał, że jej dłoń, którą wystawiła, aby zamortyzować upadek, wylądowała na kamieniu z ostrą krawędzią. Hermiona poczuła tylko, jak pod wpływem siły upadku skóra na jej ręce rozchodzi się, a z rany zaczyna się sączyć krew.
— Salazarze wszechmogący, Riddle, czemu ty nie patrzysz pod nogi?
Zaniepokojony Draco natychmiast przy niej kucnął, aby sprawdzić wielkość szkód. Hermiona była jednak zaabsorbowana czymś zupełnie innym. Na płaskiej części kamienia, który rozciął jej rękę, dostrzegła wyryty wzór, który niemal cały był pokryty ziemią i mchem. Zaintrygowana Hermiona zdrową ręką zaczęła kopać, aby odsłonić całość.
— Co ty do cholery wyprawiasz? Masz rozwaloną rękę, a tobie się zabawy w wykopaliska zachciewa.
— Nie gadaj tyle, tylko pomóż mi to odkopać.
Draco pokręcił z niedowierzaniem głową, ale nie widząc innego wyjścia, zaczął odgarniać ziemię. Przestał, dopiero gdy ich oczom ukazało się wyryte w skale drzewo z płonącymi gałęziami. Hermiona przyglądała się temu, zafascynowana z jak wielką dbałością o szczegóły, ktoś wykonał tę jakby nie patrzeć płaskorzeźbę i dlaczego zrobił to właśnie tutaj.
— Jest piękny.
— Wspaniale, obejrzałaś, więc idziemy zrobić porządek z twoją ręką.
Oznajmił stanowczo Draco, chwytając Hermionę za zdrową dłoń. Nie bacząc na jej sprzeciwy, pociągnął ją w stronę zamku. W końcu przestała się opierać, lecz w głowie nadal miała obraz kamienia z wyrytym płonącym drzewem.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Postać w ciemnej pelerynie z kapturem przemierzała opustoszałe ulice Hogsmeade. Mieszkańcy już dawno spali w swoich łóżkach. Tylko w jednym domostwie paliło się światło i tam zmierzał tajemniczy mężczyzna. Od razu skierował się do tylnego wejścia. Nawet jeśli zegary wskazywały późną godzinę, wolał zachować ostrożność. Stanąwszy przed drewnianymi drzwiami, zapukał w nie trzykrotnie. Dzięki względnej ciszy słyszał kroki gospodarza, schodzącego po skrzypiących schodach. Szczęk zamka, dwie zasuwki i drzwi się otworzyły.
— Witaj, Aberforthcie. Miło cię w końcu widzieć.
Mężczyzna w pelerynie wszedł do niewielkiej izby, oświetlonej jedynie światłem z kominka. Poza dwoma krzesłami i stolikiem znajdował się tu tylko obraz młodej dziewczyny, wiszący nad kominkiem. Przyglądała się ona bacznie nowoprzybyłemu.
— Witaj, Ariano.
Panna z obrazu skinęła lekko głową, po czym wycofała się na biegnącą za nią drogę. Gość ponownie zwrócił się ku gospodarzowi. Widząc, że ten zamknął drzwi, w końcu zdjął kaptur.
— Co to za ważna sprawa przygnała cię aż tutaj, bracie?
— Najpierw usiądźmy.
Albus wskazał na krzesła, po czym sam zajął jedno z nich. Poczekał, aż brat uczyni to samo.
— Potrzebuję twojej pomocy.
— Niczego innego się nie spodziewałem.
Prychnął Aberforth, lecz Albus zdawał się niewzruszony jego opryskliwością. Nie zamierzał zaprzątać sobie głowy humorkami brata. Przyszedł tu tylko w jednym celu.
— Tylko tobie mogę zaufać. Oni wszyscy spiskują za moimi plecami.
— Dziwisz się im? Popadasz w obłęd, znajdujesz się na granicy szaleństwa, o ile już jej nie przekroczyłeś.
— Nie proszę cię o osądy, a pomoc.
Uciął krótko Albus, a Aberforth patrzył na niego i czuł jedynie litość. Jego brat kompletnie pobłądził i coraz częściej miał wrażenie, że dla niego od lat nie ma już drogi powrotnej.
— W czym miałbym ci pomóc?
— Tydzień przed feriami wiosennymi odbędzie się wyjście do Hogsmeade. Podczas jego trwania porwiesz Hermionę Riddle. Za nią niczym cień chodzi młody Malfoy, ale nim zajmę się sam. Dostarczysz ją do ruin zamku w zachodniej Szkocji. Jego lokalizacje podam ci tuż przed. To idealne miejsce. Nikt nie będzie jej tam szukał, wszystko przygotowałem. Będziesz musiał bardzo uważać. Nikt nie może cię powiązać z tą sprawą.
Albus był niezwykle pobudzony, opowiadając o swoim planie. Dokładnie to zaplanował. Młoda Riddle spędzi ponad dwa miesiące w zapuszczonych lochach zamczyska. Jej tatuś będzie regularnie otrzymywał zdjęcia z wakacji córeczki i jego wspomnienia. Pogrąży się w rozpaczy, wiedząc, że to wszystko jego wina. Hermiona przy okazji zapłaci mu za wszystkie problemy, jakie przez nią miał. Toma ściągnie przed wielkim finałem, tylko po to, aby na jego oczach uśmiercić Hermionę. Spędzą ze sobą cały miesiąc, aby zwłoki dziewczyny zaczęły się rozkładać. Na urodziny zorganizuje małe przyjęcie dla całej trójki. Żywy niestety wyjdzie z niego tylko on, a szczątki Toma i Hermiony będą tkwić w zatęchłym lochu. Być może wyświadczy Julianne przysługę i pozwoli jej dołączyć do reszty rodziny. Nad tym się jednak jeszcze nie zastanawiał. Liczyło się to, że dwudziestego trzeciego lipca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku Tom Riddle dokona swego żywota. Dokładnie w dwudziestą piątą rocznicę kłótni, która ich poróżniła. Albus nie mógł sobie wymarzyć lepszego prezentu na sto szesnaste urodziny.
— Co się z tobą stało?
Zapytał z przerażeniem Aberforth. Przed nim nie siedział jego brat, lecz sadystyczny szaleniec, który nie cofnie się przed niczym, aby spełnić swoje chore fantazje. Pamiętał Albus z młodzieńczych lat. Nie zawsze byli zgodni, ale kochał brata. Był ambitny, inteligentny, ciekawy świata, który stał przed nim otworem. Teraz patrząc na Albusa, nie czuł nic, ponieważ jego brat umarł dawno temu. To, co przed nim siedział to skorupa demona, karmiącego się żalem, goryczą i urazą.
— Nie przyszedłem tu po reprymendę, tylko pomoc.
— I jej ode mnie nie otrzymasz.
Odparł stanowczo Aberforth. Przez te wszystkie lata milczał, kryjąc brata, ale to zaszło za daleko. On wymagał od niego, aby porwał niewinną dziewczynę i uwięził w jakimś zamczysku, skazując ją na pewną śmierć i to w imię czego? Kłótnie sprzed dwudziestu pięciu lat? Aberforth nie zamierzał przyłożyć do tego ręki.
— Jesteś moim bratem.
— Ale nie potworem.
— Niczego nie rozumiesz.
— I nie chcę zrozumieć tego szaleństwa. Opamiętaj się, póki jeszcze nie jest za późno.
— Pożałujesz swojej decyzji.
Wysyczał przez zaciśnięte zęby Albus, zarzucając na głowę kaptur. Natychmiast opuścił izbę, zatrzaskując za sobą drzwi. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Przyszedł tu pewien, że brat mu pomoże, są w końcu rodziną, a ten po prostu się od niego odwrócił. Ostania osoba na tym świecie, na którą sądził, że może liczyć, okazała się równie zdradziecka co wszyscy. Mógł polegać wyłącznie na sobie. Nie potrzebował pomocy. Sam rozprawi się z Riddle’ami raz na zawsze, a potem przyjdzie czas na tych, którzy go zdradzili, a ta lista z dnia na dzień stawała się coraz dłuższa.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥


Aberforth stał przed kominkiem, przyglądając się pustemu portretowi siostry. Nie raz żałował, że tego pamiętnego dnia to Ariana poniosła śmierć, a nie Albus. Ilu ludzi by to uchroniło przed cierpieniem? Ich rodzice przewracali się grobach, widząc, co wyprawia ich syn. Aberforth nie potrafił jednak w żaden sposób na niego wpłynąć. Albus zamknął się w swoim świecie, nie wpuszczając do niego nikogo. Podejrzewał, że nie ma osoby, która potrafiłaby nad nim zapanować. Aberforth na pewno nie posiadał takiej mocy. Chodziło mu już tylko o los tego biednego dziecka. Hermiona, podobnie jak Ariana, niczemu nie była winna, więc dlaczego miał ją spotkać tak okrutny koniec i to z powodu tego samego człowieka. Aberforth nie potrafił tego pojąć, a tym bardziej zaakceptować.