czwartek, 13 września 2018

67. Loch Tay



— Jesteś pewna, że nie chcesz jechać? — zapytała po raz kolejny Hermiona.
Noctis uparła się, że na ferie zostanie w Hogwarcie. Po raz pierwszy miały się rozstać na więcej niż dwa/trzy dni.
— W ramach przypomnienia mną się nie trzeba zajmować, a zanim się tu osiedliłam, radziłam sobie sama — przypomniała znudzona Noctis.
Hermiona zdawała się zapomnieć, że pomimo ich bliskich stosunków nadal pozostała dzikim zwierzęciem.
— Jak sobie chcesz — odpuściła Hermiona, mocując się z kufrem.
Jak na zawołanie w pokoju pojawił się Draco.
— Zostaw to, dziecino, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz.
— O nie, stój. — Hermiona zastąpiła Draconowi drogę do kufra. — To nie ja mam tu złamaną rękę.
— Tak się składa, że jest poskładana i sprawna. — Draco na potwierdzenie swych słów poruszył ręką.
Za wszelką cenę starał się udowodnić wszystkim, że wrócił już do dawnej formy. Riddle, Zabini i Nott doprowadzali go do szału przesadną troską. Ciągle pytali, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje i wiele innych bezsensownych pytań, co najmniej jakby był dzieckiem i to średnio rozgarniętym. Jak tak będzie wyglądał cały wyjazd, utopi się w jeziorze.
— Mam różdżkę, poradzę sobie.
Hermiona nie zdążyła sięgnąć po swój magiczny atrybut, gdy do jej pokoju wparował wyraźnie rozbawiony Blaise.
— A wy co się tak ociągacie? — zapytał Zabini. — Trzeba się pospieszyć. O wezmę ten kufer.
Hermiona z lekkim niepokojem patrzyła, jak Blaise zabiera jej bagaż. Towarzyszyła mu przy tym zbyt duża radość.
— Ja sobie poradę — próbowała zaprotestować Hermiona.
— Nie wygłupiaj się, mam dla niego transport. — Nie czekając na odpowiedź, Blaise zabrał kufer i zniknął na korytarzu.
— Muszę iść — zwróciła się do Noctis Hermiona — boję się, że nie odzyskam już tego kufra. Trzymaj się.
— Baw się dobrze.
Hermiona uśmiechnęła się do Noctis, po czym złapała Dracona za rękę i pociągnęła na korytarz.
— Co to jest? — zapytała zdziwiona, widząc, na czym wylądował jej kufer.
Przed dormitorium chłopaków stało coś, co przypominało wózek na bagaże. Ten był jednak niezwykle pokraczny. Przednie koła były znacznie szerzej rozstawione niż tylne. Cała konstrukcja wydawała się móc w każdej chwili runąć.
Blaise zdawał się tego nie zauważać. Bez wahania dołożył czwarty kufer, na co wózek zaprotestował głośnym skrzypnięciem.
 — Zabini uznał, że zaklęcie lewitujące to przeżytek, dlatego użył swoich zdolności transmutacji i stworzył to coś — wyjaśnił w skrócie Teodor, również sceptycznie nastawiony do poczynań przyjaciela.
— Boski jest, co nie? Sama McGonagall by się nie powstydziła. — Blaise wprawił w ruch wózek, który zaskrzypiał potwornie, ale ruszył.
Pozostała trójka, nie widząc innego wyjścia, podążyła za nim.
— Chyba się nie dogadali z Parkinson — stwierdził półgłosem Draco.
Teodor skinął tylko głową. Blaise w ten sposób odreagowywał stres. Przyjaciele wiedzieli, kiedy po prostu się wygłupia, a kiedy stara się ukryć, że coś jest nie tak. Ich podejrzenia tylko się potwierdziły, gdy dotarli do salonu.
Dafne, Tracey i Wiliam przywitali się z nimi normalnie, za to Pansy stała naburmuszona, opierając się o kanapę. Blaise nawet do niej nie podszedł, prezentując pozostałym swoje dzieło. Panowie obawiali się nieco, że konflikt tej dwójki może im pokrzyżować plany na dobrą zabawę. Nie mogli do tego dopuścić. Zbyt długo czekali na ten wyjazd, on po prostu musiał się udać.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

— Zbierać się, ludzie. Snape nas zabije, jak będzie musiał czekać! — oznajmił Draco, gdy zbliżali się do Dworca Kings Cross.
Wczoraj Severus wyjaśnił im, że nad Loch Tay dotrą przy pomocy świstoklika, czego sam dopilnuje. Nie wyglądał na zbyt zadowolonego z tego faktu, więc podejrzewali, że Tom go do tego oddelegował. Woleli, więc dodatkowo nie drażnić profesora.
Ślizgoni jako jedni z pierwszych opuścili pociąg. Od razu skierowali się do przejścia na mugolską część dworca, gdzie już czekał na nich Snape.
— Witam, profesorze, cóż za piękny dzień.
Snape spojrzał na szczerzącego się do niego Blaise’a z politowaniem, zdecydowanie nie podzielając jego zdania. Od rana powinien mieć wolne, ale nie, bo tej bandzie zachciało się wycieczki, która przez najbliższe dni niejednej osobie będzie spędzać sen z powiek.
— To wszyscy?
— Pozostała dziesiątka zaraz tu będzie.
— Dziesiątka? — zapytał wyraźnie zbity z tropu Snape.
O ile dobrze pamiętał, dziesięć osób poza Hermioną miało być w sumie. Z pamięcią problemów nie miał, co oznaczało, że został wprowadzony w błąd, a tego nie lubił.
— Okazało się, że jednak jedzie nas trochę więcej, ale wszyscy od nas, więc to chyba nie problem — wyjaśniła pospiesznie Hermiona.
Nie informowała Snape’a i rodziców, ponieważ sama dowiedziała się dwa dni temu. W grę wchodzili jednak tylko Ślizgoni, rodziców większości z nich Tom znał bardzo dobrze, więc to chyba żaden problem.
— Ty się będziesz z tego tłumaczyć — podsumował Severus, na razie porzucając temat.
On się nie będzie bawił w niańkę, już i tak miał nieodparte wrażenie, że właśnie tak jest traktowany. Zresztą, jeśli to prawda, że wybierają się wyłącznie Ślizgoni, nie mieli powodów do obaw.
Hermiona odetchnęła z ulgą. Z jej powodu i tak zrobiło się spore zamieszanie wokół tego wyjazdu. Gdyby nie Draco w ogóle by się na niego nie zdecydowała, ale chciała sprawić mu przyjemność. Widziała, jak bardzo mu zależy, jak mogłaby odmówić?
W ciągu pięciu minut dotarła reszta grupy. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani, w przeciwieństwie do Severusa.
— Spokój, za mną — oznajmił Snape, kierując się do wyjścia z dworca.
Potrzebowali ustronnego miejsca, aby przenieść tę bandę. Gdy znaleźli się w ślepej uliczce, Severus wyciągnął przemieniony w świstoklik kociołek.
— Za pięć minut przeniesiecie się nad  jezioro, ale przed tym słuchać mnie uważnie, bo nie będę się powtarzać. Niektórzy z was są już pełnoletni, ale uprzedzam, że jeśli ktoś spróbuje użyć czarów, osobiście dopilnuję, żeby nie skończył Hogwartu. Zero czarów, żadnych skrzatów, chcieć się bawić, proszę bardzo, ale bez czarów, rozumiemy się? — Snape spojrzał po uczniach, którzy nie wyglądali na zachwyconych.
Te leniwe szczeniaki używały czarów, kiedy tylko mogli, ale nie tym razem. Istniało zbyt duże prawdopodobieństwo na namierzenie któregoś z nich. Teren był zabezpieczony na wszelkie możliwe sposoby, ale jakiekolwiek ryzyko  było niewskazane. Tom by oszalał, gdyby cokolwiek się stało jego córce, dlatego musieli uważać. 
— Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, łapcie za kociołek. Kto się nie zmieści, łapie kogoś, kto się trzyma.
Severus podał kociołek Hermionie, a kolejne osoby zaczęły za niego chwytać. Draco zapobiegawczo stanął za nią, łapiąc ją za rękę. Wolał nie dopuścić do tego, aby obłapiał ją jakiś idiota.
— Startujecie za dziesięć sekund, więc trzymać się mocno.
Wszyscy wzmocnili uścisk, a już po chwili zniknęli. Podróż trwała zaledwie kilka sekund. Przy lądowaniu większość straciła równowagę i upadła. Tak się stało również w przypadku Hermiony, która wpadła prosto w ramiona leżącego na plecach Dracona. Ten uśmiechnął się do niej zadziornie, przez co zmieszała się i pospiesznie podniosła. Zawstydzona podała mu rękę, aby pomóc mu wstać.
— Nie gryzę — szepnął jej do ucha Draco, gdy stał już na własnych nogach.
Hermiona zarumieniła się jeszcze bardziej, nie potrafiąc nad tym zapanować. Nadal ciężko jej się było oswoić z bliskością, zwłaszcza tak niespodziewaną. I tak poczyniła wielkie postępy. Jeszcze kilka miesięcy temu odczuwała dyskomfort, nawet gdy ktoś stał zbyt blisko niej. Teraz pozwalała złapać się za rękę, przytulić, czy nawet pocałować, a co więcej sprawiało jej to przyjemność. Nie potrafiła jednak w pełni wyzbyć się lęku, który zakłócał wszystko inne.
Draco nie chciał bardziej peszyć Riddle, dlatego złapał ją za rękę i dołączyli do reszty Ślizgonów. Wiedział, że na więcej nie powinien sobie pozwalać, ale chęć bliskości była w nim równie silna. Był młodym mężczyzną z burzą hormonów, ale to jej dobro było zawsze na pierwszym miejscu. Hermiona zbyt wiele dla niego znaczyła.
— Moi drodzy, oficjalnie witam w raju! — oświadczył Blaise, prezentując dom, choć lepiej pasowało tu określenie dworek.
Przed nimi stał zaskakująco duży i jasny budynek. Pobielane kolumny i misterne zdobienia wokół okien dodały mu elegancji i klasy. Nawet słabo oświetlony zapierał dech w piersiach.
Blaise jako pierwszy wszedł na werandę, otwierając rzeźbione drzwi. Zapalając światła, zaprowadził gości do przestronnego holu. Na pierwszy plan wysuwały się ogromne schody, które u szczytu rozchodziły się na dwa korytarze. W holu, podobnie jak na zewnątrz, królowały jasne kolory. Kremowe ściany zdobiła niezliczona ilość obrazów, w większości pijarzy. Nie brakowało również roślin, które ożywiały wnętrze. Zwieńczeniem całości był pokaźny kryształowy żyrandol, rzucający świetliste refleksy na całe pomieszczenie.
— Teraz chwila uwagi, będzie przyspieszone oprowadzanie — oznajmił Blaise, stając na środku holu, a wszystkie pary oczu zwróciły się ku niemu. — Mamy do dyspozycji cały dom, czyli parter i dwa piętra. Za wami po mojej lewej jest salon, potem w korytarzu bibliotek, łazienka i na tyłach domu sypialnia. Prawa strona to kolejno spiżarnia, kuchnia i jadalnia. Na górze jest dziesięć sypialni, więc jakoś się podzielicie. Na każdym piętrze jest kilka łazienek i inne mało ważne pomieszczenia, które i tak są zamknięte. Kufry stoją przy schodach, więc w drogę.
Ślizgoni już zaczęli dyskutować o podziale pokoi, gdy Blaise’owi coś się przypomniało.
— A właśnie, Draco, wy bierzecie tę sypialnię na parterze? — zwrócił się do przyjaciela.
— Innej opcji nie brałem pod uwagę — oświadczył Draco.
— To dobrze, bo macie tam już z Hermioną bagaże.
— Ty to jednak czasami myślisz, Zabini.  
— A o drugim przyjacielu przypadkiem nie zapomniałeś? — wtrącił się Teodor.
— Ależ skąd. Trzy sypialnie na pierwszym piętrze zajmują Teodor, Wiliam, Tracey i Dafne. Na drugim piętrze jest też mój pokój, ale zorientujecie się, bo jest zamknięty.
Nie wszyscy wyglądali za zachwyconych zaklepywaniem pokoi, ale nikt nie kwestionował decyzji Blaise’a. To jego dom i on ustalał w nim zasady. Wszyscy chwycili za swoje kufry i ruszyli na poszukiwania sypialni. Na parterze zostały tylko zakwaterowane już osoby.
— Jesteś wielki, Blaise — pochwaliła przyjaciela Tracey.
Nie dość, że dzieliły pokój z Dafne, to na dodatek znajdował się on nieopodal tego Wiliama. Bała się, że wyląduje on z Adrianem, czy innym przygłupem i nie będzie go mogła nawet spokojnie odwiedzać, a tak dzięki Zabiniemu problem rozwiązał się sam.
— Wiem, wiem. Myślałem też o dzisiejszym dniu i jest raczej późno, więc proponuję odpocząć, żeby jutro zacząć z przytupem.
— Zabini, naprawdę mnie dzisiaj zaskakujesz — zaśmiał się Draco.
— Widzisz, Malfoy, bo ty mnie najzwyczajniej w świecie nie doceniasz, o czym wspominałem już niejednokrotnie.
— Tak, tak, ale mieliśmy odpoczywać, więc się żegnamy. — Draco ujął Hermionę za rękę, kierując się do ich pokoju.
— Też się w sumie zbieramy — stwierdziła Tracey i wraz z Dafne ruszyły na piętro.
Zatrzymał je głos Blaise’a.
— Teodor wam pokaże, które to pokoje, macie w nich już rzeczy.
— Proszę za mną. — Teodor skłonił się lekko, oferując Dafne swoje ramię.
Dziewczyna przyjęła je z uśmiechem i ruszyli na górę, a tuż za nimi Tracey i Wiliam. W holu zostały już tylko dwie osoby.
— My też już może pójdziemy — zaproponował Blaise.
Od soboty niewiele rozmawiał z Pansy, sytuacja pomiędzy nimi była bardzo napięta. Sam już nie wiedział, co z tym zrobić. Uznał, że poczekać, aż emocje nieco opadną, nie chcąc podejmować żadnych pochopnych decyzji.
— Też mam sobie iść poszukać sypialni? — prychnęła Pansy, nawet nie starając się ukryć swojej złości.
Po tym, jak ją potraktował, sądził, że wszystko wrócić do normy? Nie usłyszała nawet głupiego „przepraszam”, które z całą pewnością jej się należało. Jak on mógł sugerować, że powinni się rozstać? Tak długo na niego czekała, tyle mu poświęciła, a on chciał ją wyrzucić ze swojego życia, jak starą lalkę.
— Nie chcę się kłócić. Mamy pokój na samej górze.
Pansy nic już nie powiedziała, tylko zaczęła wchodzić po schodach. Blaise czuł, że to będzie ciężki tydzień.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

— Byłeś tu już kiedyś? — zapytała Hermiona, gdy Draco bez wahania przemierzał korytarze, prowadząc ich do pokoju.
— Spędzaliśmy tu często wakacje. To był dom babci Blaise’a.
Draco bardzo dobrze wspomniał czas spędzony nad Loch Tay. Długo przed Hogwartem rodzice zaczęli ich podrzucać babci Zabiniego. Była to kobieta dość ekscentryczna, ale pełna ciepła i miłości. Aurora Zabini to chyba jedyna znana Draconowi arystokratka, która w kuchni czuła się jak w raju. Piekła i gotowała im wszystko, co tylko sobie wymarzyli. Pamiętał, jak jako dziecko zazdrościł Blaise’owi takiej babci. Teraz wiedział, że Aurora za wszelką cenę starała się zrekompensować mu brak ojca, który odszedł bardzo młodo, a Blaise w zasadzie nawet go nie pamiętał. Pani Zabini była zbyt pochłonięta szukaniem kolejnych mężów, aby zajmować się synem. To Aurora zastępowała mu rodziców.
— Był?
— Zmarła w zeszłym roku.
Draco doskonale pamiętał ten dzień. Blaise otrzymał sowę, a po przeczytaniu listu, zniknął. Dopiero na drugi dzień Snape poinformował ich o śmierci Aurory Zabini i odstawił do domów. Pogrzeb dla nich wszystkich był ciężkim przeżyciem, a najbardziej patrzenie na niewyobrażalny ból przyjaciela. Blaise był wtedy w zupełnie innym świecie. Łzy jedna po drugiej spływały po jego policzkach, a on żegnał najważniejszą osobę w swoim życiu. Blaise szybko się pozbierał i starał żyć dalej, choć przyjaciele wiedzieli, że to powierzchowne, a tak naprawdę nadal jest mu bardzo ciężko. Dziś po raz pierwszy od jej śmierci przybył do domu nad Loch Tay. Draco zauważył, jak nieustanie się rozglądał, a na jego twarzy malowała się melancholia. Sam czuł się nieswojo ze świadomością, że kobiety, którą tu odwiedzali, nie ma już wśród żywych.
— Przykro mi.
Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć, nigdy nie miała dziadków. Rodzice Grangerów zmarli, zanim ona pojawiła się na świecie. Czuła jednak, że dla nich również byłaby marną namiastką Ryana. Wiedziała jednak, że są na tym świecie jej prawdziwi dziadkowie. Wyczekiwała dnia, w którym będzie mogła ich poznać.
— Jesteśmy na miejscu.
Rozmyślania Hermiony przerwał Draco, otwierając przed nią drzwi. Weszła do pokoju, w którym natychmiast zapaliły się światła. Rozejrzała się po kremowym pomieszczeniu i jedna rzecz przykuła jej uwagę. Przeszła kilka kroków, stając przed dużym łóżkiem. Ciemne drewno kontrastowało z jasną pościelą. Było piękne, ale tylko jedno.
— Nie bój się — powiedział uspokajająco Draco, pochodząc do Hermiony — zarezerwowałem sobie kanapę. — Wskazał na stojący przed kominkiem mebel.
Domyślał się, że tak będzie. Riddle spięła się na sam widok tego łóżka. Nie zamierzał na nią naciskać w tak delikatnej kwestii.
— Ja… — Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć.
Draco jak zwykle wykazał się ogromnym zrozumieniem w przeciwieństwie do niej. Źle się czuła z myślą, że w dalszym ciągu w pewnym sensie trzyma go na dystans, ale nie potrafiła nad tym zapanować. Zobaczyła to łóżko, a jej mózg zaczął tworzyć najczarniejsze scenariusze. Draco sobie na to nie zasłużył.
— Nie wiedziałaś jeszcze najlepszego.
Draco nie zważając na ponurą minę Hermiony, złapał ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi, których wcześniej nie zauważyła. Niewesołe myśli zeszły na dalszy plan, gdy znaleźli się na tarasie, z którego widok rozciągał się na Loch Tay. Nawet w słabym świetle księżyca jezioro wyglądało zjawiskowo.
— Jest piękne — szepnęła Hermiona, jakby bojąc się zakłócić panujący tu spokój.
— Tak, jest pięknie — odpowiedział Draco, choć to nie o jezioro mu chodziło.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Hermiona zaczęła się wybudzać ze snu, otworzyła oczy, przeciągając się. Wstała i podeszła do kanapy, na której Draco nadal spał. Postanowiła go nie budzić i iść na taras. Na oparciu sofy leżała jego bluza. Zdała sobie sprawę, że to ta sama, którą dał jej na jedynym z treningów i uśmiechnęła się na to wspomnienie, postanawiając ją założyć. Nadal była o wiele za duża i przyjemnie pachniała Draconem.
Hermiona wyszła na zewnątrz, oddychając głęboko świeżym powietrzem. Słońce niedawno wstało, ponieważ na niebie nadal widniały czerwono-pomarańczowe refleksy. Ten widok zachwycał. Hermiona obiecała sobie, że nie przegapi następnego wschodu słońca. To jezioro wywoływało u niej dziwny spokój, a może to świadomość, że tu jest z dala od całego świata. Obiecała sobie, że wykorzysta ten czas jak najlepiej.
— A teraz śniadanie — stwierdziła, gdy głośno zaburczało jej w brzuchu.
Draco nadal spał, więc po porannej toalecie Hermiona ubrała się i po cichu opuściła sypialnie. Przypominając sobie słowa Blaise’a, bez problemu odnalazła kuchnię. Była skromna w porównaniu do reszty domu, ale niezwykle funkcjonalna. Hermiona otwierała kolejne szafki, podziwiając panujący tu ład i porządek. Widać, że ktoś bardzo dbał o to miejsce. Do pełni szczęścia brakowało tylko jedzenia.
Szybko odnalazła drzwi, które musiały prowadzić do spiżarni. Weszła do niej, nie kryjąc swojego zdziwienia. To pomieszczenie było niemal trzykrotnie większe od kuchni. Panowała tu znacznie niższa temperatura, co musiało być zasługą czarów. Hermiona weszła w głąb spiżarni, w której znajdowało się dość jedzenia, aby przez ten tydzień wykarmić nie kilkanaście osób, a cały Hogwart. Nie zabrakło również ściany z winami. Butelki były starannie poukładane i opisane. Hermiona chcąc podejść bliżej, poczuła opór. To z pewnością jakieś  zaklęcie ochronne. Nie dziwiło ją to zbytnio. Te wina z pewnością leżały tu od wielu lat, po ich pobycie zbiory znacznie by się uszczupliły.
Hermiona pokręciła z roztargnieniem głową, wracając do części spożywczej. Przeszło jej przez myśl, czy aby na pewno powinna się sama obsłużyć, ale przecież po coś napełniono tę spiżarnię. Zresztą, Blaise by ją zamordował, gdyby obudziła go o szóstej, żeby o to zapytać. Nagle pomyślała o reszcie. Nie ma tu z nimi skrzatów, co oznaczało samodzielne przygotowywanie posiłków. Od razu przypomniał jej się Draco, który w kuchni ma dwie lewe ręce. Całej reszty również nie posądzała o jakiekolwiek umiejętności kulinarne. Hermiona wychodząc z założenie, że lepiej ograniczyć ilość skaleczeń i poucinanych palców, postanowił przygotować śniadanie również dla reszty. Zanim oni wstaną, z pewnością ze wszystkim zdąży.
— Do dzieła — powiedziała do siebie, zabierając się do pracy.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Blaise jeszcze w piżamie zszedł na dół. Marzył o mocnej kawie. Zatrzymał się jednak w holu, zdziwiony tym, co czuje, w powietrzu unosił się zapach jedzenia. Ten dom zawsze tak pachniał. Babcia Aurora godzinami przesiadywała w kuchni, przygotowując coraz to nowsze potrawy. Nigdzie nie pachniało tak pięknie, jak w tym domu.
Blaise szukając źródła, skierował się do jadalni. Ku jego zdziwieniu stół był nakryty, a na nim znajdowały się już półmiski z chlebem, wędliną, warzywami, czy owocami. Dopiero w kuchni Blaise znalazł sprawczynie tego wszystkiego.
— Hermiona?
Stojąca przy kuchni panna Riddle niemal podskoczyła.
— Przestraszyłeś mnie — zganiła Blaise’a, który podszedł do niej, przyglądając się patelni z kolejnym naleśnikiem.
— Co ty robisz?
— Powinnam zapytać, ale było bardzo wcześnie i uznałam, że nie będę cię budzić, a pomyślałam… — zaczęła się tłumaczyć Hermiona, lecz przerwał jej Blaise.
— Poczekaj, ja absolutnie nie mam do ciebie pretensji. Po prostu zapytałem.
Hermiona ze zrozumieniem pokiwała głową, zdejmując z patelni naleśnik. Blaise usiadł na blacie przy kuchence, obserwując jej poczynania. Z dużą wprawą rozprowadzała ciasto po patelni. Dostrzegł również garnek z gotującymi się jajkami.
— Nie wiedziałem, że potrafisz gotować — stwierdził z niekrytym uznaniem Blaise.
— Nauczyłam się dawno temu.
— Moja babcia uwielbiała gotować — powiedział nagle nieco ciszej Blaise.
Wszystko mu ją tu przypominało. Nadal było mu ciężko, ale czuł, że cieszyłaby się z jego powrotu tutaj.
— Draco mi mówił, że ten dom należał do niej — wyznała niepewnie Hermiona.
Nie wiedziała, czy powinna o tym rozmawiać. Rozluźniła się, gdy na twarzy Blaise’a pojawił się lekki uśmiech.
— Tak, ten dom to był jej skarb. Dziadek zmarł jeszcze przed moim urodzeniem, ale babcia i tak się stąd nie wyprowadziła. Powtarzała, że dziadek wciąż jest w tych murach i nie może go zostawić.
— Musiała być wspaniałą kobietą.
— Najwspanialszą, jaką znałem. A jakie ona cuda wyczyniała w kuchni.
— Mam nadzieje, że nie wypadnę przy niej tak źle.
— Sądząc po zapachu, widzę potencjał, ale dla pewności sprawdzimy.
Blaise bez skrępowania sięgnął po dżem i posmarował nim najwyższy naleśnik z kupki. Zwinął go i odgryzł na raz niemal połowę.
— To jest bardziej niż dobre — stwierdził z uznaniem Blaise, w mgnieniu oka dojadając naleśnik. Już zamierzał sięgnąć po kolejnego, ale Hermiona zdzieliła go ścierką.
— Będziesz jadł na śniadaniu — skarciła go — a teraz możesz zanieść na stół dżemy, jak ci się nudzi.
— Ranisz moje serce, zła kobieto, pozbawiając mnie tych ziemskich rozkoszy.
— Dżemy — zaśmiała się Hermiona, gdy lamentujący Blaise ruszył do jadalni z pustymi rękami.
Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że są obserwowani. Przy uchylonych drzwiach prowadzących z kuchni do holu stała Pansy, która zeszła na dół tuż za Blaise’em. On myślał, że śpi, ale bardzo się pomylił. Chciała zobaczyć, dokąd idzie i proszę. Ledwie otworzył oczy i już poleciał do tej przybłędy. Mydlił jej oczy egoizmem, kryzysem w związku, a sam na każdym kroku przystawiał się do dziewczyny przyjaciela.
Oburzona Pansy szybkim krokiem odeszła od drzwi, kierując się na piętro. Za drugim podejściem udało jej się odnaleźć pokój przyjaciółek. Nie zważając na to, że obie jeszcze śpią, Pansy władowała się pomiędzy nie na łóżko.
— To jest jakiś koszmar! — oznajmiła rozżalona, na co dziewczyny mruknęły z niezadowolenia, że ktoś zakłóca ich sen.
— Pansy, co ty wyrabiasz i która jest godzina? — zapytała zaspana Tracey, zakrywając głowę kołdrą. Nawet bez sprawdzania godziny wiedziała, że to jeszcze nie pora na wstawanie.
— Nie wiem, która jest godzina, ale Blaise właśnie w najlepsze bajeruje w kuchni tę szmatę!
— Co?
Tym razem Dafne i Tracey podniosły się do pozycji siedzącej, zaniepokojone słowami przyjaciółki.
— Właśnie to, stoi przy garach i wdzięczy się do niego, a ten nic, siedzi na blacie i w najlepsze sobie z nią flirtuje!
— O kim ty w zasadzie mówisz? — zapytała Dafne.
— Jak to o kim? — zdziwiła się Pansy. — O Riddle!
Z ust obu dziewczyn wydobył się jęk zrezygnowania, po czym ponownie opadły na poduszki.
— Pansy, błagam, skończ z tą paranoją. Blaise’a i Hermionę nic nie łączy — spróbowała przemówić przyjaciółce do rozsądku Dafne.
— Ty zawsze trzymasz jej stronę! Nie widziałaś ich.
— Ale wiem, że Hermiona kocha Dracona, a Blaise ciebie. Skończ z tymi wyrzutami i porozmawiaj z nim w końcu na spokojnie.
Dziewczyny uwielbiały Pansy, ale od pewnego czasu stała się nieznośna. Problemy w jej związku odbijały się na wszystkich, zwłaszcza na Hermionie, która nie była niczemu winna.
Tracey pamiętała, jak sama zachowywała się podobnie. Winą za wszystkie swoje niepowodzenia obarczała Riddle, co nie dość, że było głupie, to na dodatek przysporzyło jej samych problemów. Nie chciała, aby Pansy popełniła ten sam błąd.
— Gdyby mnie kochał, nie zastanawiałby się, czy chce ze mną być. — Pansy nie dawała sobie nic powiedzieć.
Zamknęła się w swoim świecie, gdzie Blaise był tym złym, a ona nieskazitelną pokrzywdzoną.
— Pansy, Blaise bardzo przeżył wypadek Dracona, daj mu trochę czasu, żeby doszedł do siebie — spróbowała uspokoić przyjaciółkę Tracey.
— Nic tylko Blaise, Malfoy, Riddle i tak w kółko. Ktoś w ogóle pomyślał, jak ja się czuję? — Rozgniewana Pansy zeszła z łóżka, zamierzając opuścić sypialnie.
Zawiodła się na przyjaciółkach. Nawet one nie okazały jej zrozumienia w tych trudnych chwilach.
— Pansy, zaczekaj — zatrzymała ją Tracey. — Zejdziemy na dół i zobaczymy, co się tam dzieje.
— Chcecie ich podglądać? — zapytała z niedowierzaniem Dafne, która uważała ten pomysł za niedorzeczny.
To nie było w porządku posądzać Blaise’a i Hermionę o takie rzeczy. Patrząc na argumenty Pansy, również Teodora można posądzić o flirtowanie z dziewczyną przyjaciela. Rozmawiali, śmiali się, przecież to musiało oznaczać gorący romans. Czy tylko ona widziała, jakie to niedorzeczne?
— Tak i zobaczycie na własne oczy, że mam rację. Jak nie chcesz, nie musisz iść.
Dafne mimo niechęci wstała z łóżka. Nie podobało jej się to, ale uznała, że ktoś musi pilnować, aby Pansy nie zrobiła kolejnej sceny zazdrości.
Dziewczyny zeszły na dół i zakradły się pod kuchnie. Już z daleka słyszały głosy, a przez uchylone drzwi ujrzały Blaise’a i Hermionę. Riddle nadal stała przy kuchni, a Zabini również robił coś przy blacie.
— Blaise, mówiłam ci, że nie tak — powiedziała nagle Hermiona, podchodząc do chłopaka. Odebrała mu nóż, po raz kolejny pokazując, jak ma pokroić truskawki do naleśników. — Urywasz to zielone, kroisz na pół i jeszcze raz na pół.
— Jakby to naprawdę było takie ważne — prychnął Blaise, odbierając nóż.
— Nie będzie, dopóki to nie ty dostaniesz te miniaturowe kawałki. — Hermiona zaśmiała się, widząc strach w oczach Zabiniego.
— Twoje argumenty do mnie przemawiają.
Każde z nich wróciło do swojej pracy, nie wiedząc, że są obserwowani.
— Widzicie? — szepnęła triumfalnie Pansy, na co dziewczyny spojrzały po sobie.
Miały teraz żywy przykład na to, że Pansy popada w paranoję. W kuchni nie działo się nic nadzwyczajnego. Hermiona i Blaise przygotowywali śniadanie, rozmawiali, ale nawet szczególnie nie zwracali na siebie uwagi. Czego się w tym doszukiwać?
— Widzę, że masz paranoje — stwierdziła Dafne, niespodziewanie wchodząc do kuchni. — Cześć wam, bosko pachnie — przywitała się wesoło.
Hermiona i Blaise nie wyglądali, jakby właśnie zostali przyłapani na gorącym uczynku. Wręcz przeciwnie, na widok Dafne uśmiechnęli się serdecznie.
— No nie, robimy wam śniadanie — oznajmił z niekrytą dumą Blaise.
— Jak na razie zaniosłeś dwie rzeczy na stół i kroisz truskawki — sprostowała Hermiona, choć wyglądała na rozbawioną.
— Zdecydowanie umniejszasz moje zasługi.
— Oczywiście. — Hermiona nie próbowała dalej dyskutować.
Zabini to ten sam typ, co Draco. Każdy najmniejszy wysiłek, panowie uważają za niebywałe osiągnięcie. Jak na zawołanie w kuchni pojawił się Malfoy.
— A to, co za spęd? — zapytał zaspany, przyglądając się zgromadzonym.
 Jego wzrok zatrzymał się na Hermionie, do której podszedł i pocałował ją w czoło.
— Śniadanie się szykuje — odpowiedział dumnie Blaise, lecz Draco spojrzał na niego, marszcząc brwi.

— Kto mu dał nóż do ręki? Instynktu samozachowawczego nie macie?
— Uważaj, przyjacielu, bo ktoś może ci poskąpić truskaweczek do naleśników. — Blaise zrobił minę, jakby co najmniej groził Draconowi śmiercią.
— Moja kobieta by na to nie pozwoliła.
Hermiona pokręciła tylko z politowaniem głową.
— Dobra, dobra. Blaise, zanieś te truskawki na stół, Draco, naleśniki. Ja zrobię jeszcze kawy.
— Czyli ja zawołam resztę — dodała Dafne, opuszczając kuchnie, przed którą czekały na nią dziewczyny. — Idziemy obudzić wszystkich na śniadanie.
W ciągu piętnastu minut każdy Ślizgon znalazł się w jadalni. Większość z nich była ledwie przytomna, ale wizja śniadania i kawy, wyciągnęła ich z łóżek.
Przygotowane przez Hermionę jedzenie znikało w bardzo szybkim tempie. Pod koniec posiłku odezwał się Blaise.
— Jest świetna pogoda, więc proponuję po śniadaniu iść nad jezioro.
Propozycja spotkała się z aprobatą. Kolejne osoby odchodziły od stołu, aby się przygotować.
— Idziesz? — zapytał Draco Hermionę, gdy sam skończył śniadanie, lecz ona pokręciła przecząco głową.
— Zjem coś jeszcze.
— Czyli spotkamy się w pokoju. Pójdę jeszcze na chwilę do chłopaków.
Hermiona przytaknęła, a Draco opuścił jadalnie. Rozejrzała się, zdając sobie sprawę, że została sama, szkoda tylko, że z całym tym bałaganem. Mogła się tego spodziewać. Tu nikt nie nawykł do żadnej pracy, więc nawet przez myśl im nie przeszło, że trzeba po sobie posprzątać.
Nie widząc innego wyjścia, Hermiona po skończonym posiłku zaczęła zbierać talerze. Zaniosła naczynia do kuchni, która też wymagała posprzątania. Nagle usłyszała dźwięki dochodzące z jadalni. Wróciła do niej i zastała tam Wiliama, zbierającego pozostałe talerze. On również ją zauważył.
— Pomyślałem, że przyda ci się pomoc.
Hermiona uśmiechnęła się na te słowa. To było bardzo miłe z jego strony. Dzięki temu może nie utknie w kuchni na pół dnia.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Draco wrócił do pokoju, lecz nie został w nim Hermiony. Wyszedł na taras, ale tam również jej nie znalazł. Postanowił sprawdzić, czy nie ma jej u Dafne. Będąc jednak w holu, usłyszał głosy dochodzące z kuchni i jeden z nich z pewnością należał do Riddle. Bez wahania ruszył w tamtym kierunku. Ciśnienie podniosło mu się w momencie, gdy z Hermioną zastał w kuchni Wiliama. Bardzo mu się to nie spodobało.
— Witam — powiedział nieco zbyt ostro Draco, ale nie potrafił nic na to poradzić. Wolał Wiliama w znaczniej odległości od Riddle.
— Cześć — przywitała się Hermiona, widząc, że Draco jest niezadowolony.
Niewiele ją to jednak obchodziło. Draco przesadzał, Wiliam jedna osoba, która pomyślała, żeby jej pomóc. Miała mu odmówić tylko dlatego, że Malfoy za nim nie przepadał?
— Widzę, że dobrze się bawicie.
— Wspaniale wręcz, sprzątanie po kilkunastu osobach to moje wymarzone zajęcie na ferie.
Nagle do Dracona zaczęło docierać, co tu zastał. W kuchni znajdowała się cała masa brudnych naczyń. Hermiona stała przy zlewie, a Wiliam wycierał, to co umyła. Poczuł się jak skończona świnia. Jakiś obcy facet pomagał jego dziewczynie, bo jemu nie przyszło to do głowy. Musiał to natychmiast naprawić.
— Tak nie będzie, zostawcie to. — Draco opuścił kuchnie, nie mówić nic więcej.
Od razu ruszył na drugie piętro do pokoju Zabiniego. Musieli zrobić z tym porządek. Nie mieli tu skrzatów, ale na brodę Merlina, nie będą ich zastępować Riddle. Draco bez pukania wszedł do pokoju przyjaciela.
— Kultury cię nie nauczyli? Puka się.
Draco nie wysilił się nawet, aby odpowiedzieć Pansy.
— Zabini, jesteś mi potrzebny! — zawołał, a niemal od razu z dołączonej do pokoju łazienki wyszedł Blaise.
— Pali się, czy jak?
— Jesteśmy debilami.
— To bardzo odkrywcze, Malfoy, ale…
— Riddle od Salazar wie, której stała przy garach, żeby nas nakarmić, a teraz dla odmiany stoi przy zlewie, bo nikt poza Marsonem nie wpadł na to, żeby po sobie posprzątać.
Blaise urwał swoją wypowiedź, analizując słowa przyjaciela. Szybko pojął, skąd jego wcześniejsze wnioski.
— O cholera, tu nie ma skrzatów.
— Otóż to, a Riddle na pewno nie będzie za niego robić.
— Ktoś to musi ogarniać — wtrąciła się Pansy, której w żadnym wypadku nie było żal Hermiony. Każdy powinien znać swoje miejsce.
— Zrób ludziom przysługę i nie otwieraj buzi. Świat stałby się piękniejszy bez twojej paplaniny — powiedział gniewnie Draco, nie przebierając w słowach.
Nic go nie obchodziło, że zachowuje się, jak cham, to co ostatnio wyczyniała Parkinson, nie zasługiwało na inne traktowanie. Pansy jednak bardzo się to nie spodobało, niemal poczerwieniała ze złości.
— Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? — zaatakowała Dracona. — A ty nic nie powiesz, nie zareagujesz? — naskoczyła również na Blaise’a, lecz ten nie wydawał się poruszony słowami przyjaciela
— Przestań wszystkich obrażać, a potem wymagaj tego samego. Chodź, stary, trzeba przeprosić Hermionę. — Blaise zdawał się nie zwracać uwagi na swoją dziewczynę, co dodatkowo ją rozjuszyło.
— Przeprosić Hermionę?! Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Jak możesz…
— Skończ!
Pansy oniemiała. Blaise po raz pierwszy podniósł na nią głos. Nigdy  wcześniej tego nie robił. Sprzeczali się, ale zawsze pozostawał opanowany, aż do tej chwili.
— Idziemy — rzucił tylko Blaise, pospiesznie opuszczając pokój.
Tuż za nim wyszedł Draco. Milczeli, aż do pierwszego piętra.
— W porządku? — zapytał Draco, uważnie przyglądając się przyjacielowi.
W życiu Blaise’a działo się coś złego i zauważył to już jakiś czas temu. Ten jednak na nic się na skarżył, najpierw ten przeklęty wypadek, potem wyjazd, nie mieli, nawet kiedy na spokojnie porozmawiać. Zabini wielokrotnie pomagał mu w trudnych chwilach, teraz sam potrzebował wsparcia.
— Nie teraz.
— Ale pogadamy?
— Tak, ale nie teraz.
Draco skinął ze zrozumieniem głową. Blaise również czuł, że potrzebuje tej rozmowy. Sam już nie wiedział, co robić. Potrzebował opinii osób trzecich, więc kogo, jak nie najlepszych kumpli.
Panowie weszli do kuchni, gdzie nadal trwało sprzątanie. Obu zrobiło się jeszcze bardziej głupio.
— Hermiona, wybacz nam idiotom — zaczął lamentować Blaise, przez co panna Riddle przerwała na chwilę pracę.
Obaj z Draconem wyglądali na skruszonych, choć ona nie gniewała się jakoś szczególnie. Zła była tylko na Malfoya, za to, że naskoczył na nią i Wiliama.
— Nic się nie stało.
— Stało, gotowałaś, a my cię jeszcze z brudnymi garami zostawiliśmy. Zrobimy zmiany, będziemy gotować, zmywać i… — odezwał się tym razem Draco, lecz Hermiona weszła mu w słowo.
— Bez urazy, ale czy ktokolwiek tu potrafi ugotować choćby wodę?
Niestety Hermiona miała rację. Oni nie wiedzieli o gotowaniu zupełnie nic.
— To nas nauczysz i będziemy ci pomagać, a opornych wyznaczymy do sprzątania. Inni będą sobie radzić sami — oznajmił Draco, uznając to za najlepsze wyjście.
Na pewno znajdą się chętni do pomocy w kuchni, reszta będzie sprzątać i po sprawie.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł — stwierdziła z powątpiewaniem Hermiona.
— Weźmiemy do kuchni tylko tych, którzy ci będą odpowiadali. Nas już jest dwóch — zapewnił gorliwie Blaise.
— Również chętnie pomogę — wtrącił Wiliam, który do tej pory nie zabierał głosu.
— Ty już najwięcej pomogłeś. Dzięki, stary. — Draco wyciągnął do Wiliama rękę, którą ten uścisnął.
Wiedział, że musi przestać się tak na niego jeżyć. Ten koleś po prostu był do granic możliwości miły i uczynny. Nic dziwnego, że dobrze się dogadywał z Riddle. Musiał to po prostu zaakceptować.
— Czułości zostawcie na później, do pracy. — Blaise prześlizgnął się do zlewu, zakasując rękawy. Jego pierwsze w życiu mycie naczyń.
— Tylko bądź… — Hermiona nie zdążyła dokończyć.
Z mokrej ręki Blaise’a wysunął się talerz. Stojący obok niego Wiliam złapał go w ostatniej chwili.
— Dobry refleks — przyznał z uznaniem Blaise.
— Nie gwarantuje stuprocentowej skuteczność — ostrzegł Wiliam, oddając talerz.
— Spokojnie, zaraz to opanuję.
Panowie zajęli się myciem naczyń, nawet nieźle się przy tym bawiąc. Hermiona przyglądała się temu z rozbawieniem, póki nie poczuła, że ktoś stanął tuż za nią. Odwróciła się, doskonale wiedząc, kto to.
— Jestem trochę przewrażliwiony — przyznał niechętnie Draco tak, aby słyszała go tylko Hermiona.
— Trochę?
— Dobra, bardzo.
— Bardzo to ja cię proszę, nie zachowuj się tak. Nie masz żadnych powodów do zazdrości.
— I tu się mylisz, mam piękną, inteligentną dziewczynę, która na dodatek potrafi gotować. Jesteś unikatowa.
Draco uniósł lekko twarz Hermiony, która pokryła się rumieńcem. Przybliżył się i bardzo delikatnie ją pocałował. Zawstydzona Hermiona niepewnie odpowiedziała na pieszczotę. Przerwało im jednak chrząknięcie.
— Malfoy, później odkupisz swoje winy, a teraz łap się za szmatę i wycieraj.
Draco niechętnie spojrzał znad Hermiony na Zabiniego, który udając niewiniątko, nadal zmywał.
— Jak to ogarniemy, idziemy nad jezioro, więc idź się przygotować.
Hermiona przytaknęła i pospiesznie opuściła kuchnię. Draco za to istotnie wziął ścierkę, ale w pierwszej kolejności zdzielił nią Zabiniego po głowie.
— Za co to?! — oburzył się Blaise.
— Za przeszkadzanie, matole.
— W wycieraniu nie będę ci przeszkadzał — oznajmił Blaise, podając przyjacielowi mokry talerz.