poniedziałek, 19 czerwca 2017

59. Wspomnienie utraconego szczęścia


— Gdyby mi się chciało, tak jak mi się nie chce, to zostałbym najlepszym absolwentem tej szkoły.
Stwierdził leżący pośród książek Blaise. Rosnące zaległości zmusiły go do radykalnych kroków i rozpoczęcia ich nadrabiania. Początkowo całkiem nieźle mu szło. Wyciągnął pergaminy, pióro, pootwierał książki, lecz popełnił jeden poważny błąd. W ramach odpoczynku położył się na minutkę, która trwała już od przeszło pół godziny.
— Żebyś ty ją chociaż skończył, to będzie cud.
Podsumował przyjaciela Teodor, który siedział na swoim łóżku i kończył esej z Transmutacji. Miał już dosyć wysłuchiwania marudzenia Zabiniego, który robił wszystko, byle się nie uczyć. Dziwił się, jak z takim podejściem udało mu się cokolwiek przyswoić i nawet przyzwoicie zdawać egzaminy. Do głowy przychodziło mu tylko jedno logiczne wytłumaczenie, Zabini miał więcej szczęścia niż rozumu.
— Pomógłbyś koledze, a nie się pastwisz.
— Zapomnij, mam swoją robotę. Poproś Dracona, jego już dawno Hermiona zmusiła do napisania tego.
— Przynajmniej mam spokój, leszcze.
Odpowiedział Draco, który ani myślał po raz kolejny przez to przechodzić. Odrabianie lekcji z Riddle posiadało swoje plusy i minusy. Ona, gdy się na coś uparła, nie potrafiła odpuścić, nawet gdy w grę chodził zwyczajny esej. Kombinowała, jak tylko mogła, aby napisać jak najwięcej i najlepiej, a co gorsza wciągała w to również jego. Co chwilę podtykała mu kolejne książki z coraz to nowszymi informacjami, które według nie powinny się znaleźć w wypracowaniu. Zwykle połowę z nich pomijał, a i tak dostawał dobre oceny. Kto jednak byłby na tyle odważny, aby kwestionować decyzje Riddle, jeśli chodziło o naukę. Na pewno nie Draco, który nie przeżyłby kazania na ten temat.
— Mam genialny pomysł! Dasz mi przeczytać swój esej i na jego podstawie napiszę mój.
Blaise aż poderwał się do pozycji siedzącej, porażony genialnością swojego pomysłu. Pozmienia co nieco w eseju przyjaciela i stworzy drugi, który zagwarantuje mu dobrą ocenę.
— Zapomnij, spędziłem nad nim trzy godziny, a teraz mam ci go oddać i czekać, aż taka McGonagall obu nas opieprzy za spisywanie. Nie ma głupich, stary.
Draco ani myślał ułatwiać Zabiniemu czegokolwiek. Nie raz i nie dwa proponował mu wyjście do biblioteki. Zawsze reagował śmiechem, więc teraz ma za swoje. Gdyby chociaż połowę czasu, który przeznaczał na obłapywanie się z Parkinson, spożytkował na naukę, nie miałby żadnych zaległości.
— Nasza wieloletnia przyjaźń nic dla ciebie nie znaczy? W imię braterstwa powinieneś mi pomóc, aby wybawić brata z opresji. W przeciwnym razie…
Tyradę Blaise’a nagle przerwało gwałtowne otworzenie się drzwi, które niemal uderzyły o ścianę. Panowie natychmiast spojrzeli w ich stronę, gdzie stała Hermiona. Wyglądała na bardzo przejętą. Nikt nie zdążył jej jednak o nic zapytać.
— Znalazłam ją, jestem pewna, że to ona. Chodź szybko.
Hermiona wyrzucała z siebie słowa z prędkością światła. Nie zważając na zdziwione miny chłopaków, podeszła do Dracona i złapała go za rękę. Niemal ściągnęła go z łóżka, kierując się w stronę drzwi. Draco nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, gdy Hermiona wyciągnęła go z pokoju, nie zamykając nawet drzwi. Blaise i Teodor spojrzeli na siebie z niezrozumieniem.
— Oganiasz, co tu właśnie zaszło?
Zapytał Zabini, choć tak jak się spodziewał, Nott pokręcił jedynie przecząco głową. Powiedzieć, że Hermiona zachowywała się dziwnie to spore niedomówienie. Panowie zastanawiali się jednak, czy aby na pewno chcą zgłębiać tajemnice umysłu panny Riddle.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

Draco został wciągnięty do pokoju Hermiony, która niemal natychmiast puściła jego rękę i zamknęła drzwi. Podeszła do stolika, gdzie znajdowało się kilka ksiąg i zaczęła je przeglądać. Draconowi nie było dane o nic zapytać, gdyż chwyciła jedną z nich i podsunęła mu niemal pod samą twarz. Wtedy przyszło zrozumienie.
— Czy to jest Księga Ludzi Lasu?
Zapytał niemal z napięciem Draco, uważnie przyglądając się woluminowi. Gdyby jego przypuszczenia okazały się słuszne, wszystko by się zmieniło. Ojciec Hermiony odzyskałby swoją dawną postać, a to oznaczałoby pierwszy krok do obalenia Dumbledore’a.
— Nie, ale jej tytuł brzmi „Historia Ludzi Lasu”, więc tu musi być coś o ich księdze.
Hermiona była niezwykle podekscytowana, na taki przełom czekała od dawna. Wszystko, co do tej pory znajdowali, ani trochę nie przybliżało ich do celu, ale czuła, że tym razem będzie inaczej. Nie wspomniała tylko o jednym szczególe.
— Jest tylko jeden problem.
— Oczywiście, czemu mnie to nie dziwi.
Westchnął ciężko Draco, przeczesując ręką włosy. Jak zwykle musiał być jakieś haczyk. Człowiekowi zaczyna się wydawać, że wszystko idzie w dobrym kierunku, aż tu nagle jeden szczegół brutalnie sprowadza go na ziemię.
— Cała księga składa się ze starożytnych runów.
Mówią to, Hermiona stanęło obok Dracona, otwierając wolumina na pierwszej stronie. Ten spojrzał na nią i przekonał się, że Riddle ma rację. Nie ogarniał żadnego z tych dziwnych znaczków, od których już po chwili zaczęło mu się dwoić w oczach.
— Ty chodzisz na runy.
— Tak, ale nie tłumaczyłam jeszcze tak obszernego tekstu. Ta książka ma ponad tysiąc lat i niewiele mniej stron.
Stwierdziła Hermiona, przekładając kolejne kartki. Bez słownika niewiele z tego rozumiała z powodu starożytnego języka i pewnych różnic językowych wynikających z sędziwego wieku księgi. Potrzebowała bardzo dobrych słowników, aby w ogóle zabrać się za tłumaczenie. W tym przypadku nawet drobna pomyłka mogła zaprzepaścić ich szanse na sukces, dlatego nie mogła sobie na nią pozwolić. Przeczucie podpowiadało jej, że właśnie ten wolumin pomoże im wykonać zadanie.
— Czyli co robimy?
— Szukamy dobrego słownika i zaczynam ją tłumaczyć.
— To zajmie wieczność.
— Dlatego zaczynamy od zaraz.
Zadecydowała Hermiona, odkładając wolumin na stolik. Nie ma na co tracić czasu. Spojrzała wyczekująco na Dracona, który przewrócił oczami, lecz ujął Hermionę za rękę i ruszyli do biblioteki. Od września Malfoy spędził w niej więcej czasu niż przez całą swoją edukację w Hogwarcie. To niewiarygodne, co kobieta potrafi zrobić z facetem. Przez całą drogę do czytelni Hermiona gadała jak nakręcona o wszystkich jej znanych książkach związanych z runami. Draco słuchał jej cierpliwi, nawet jeśli momentami nie do końca rozumiał. Lubił ją taką ożywioną i podekscytowaną. Była wtedy taka pełna życia. Nawet jeśli chodziło o książki, chciał ją częściej oglądać w tym wydaniu. Doceniał każdą taką chwilę, a przede wszystkim przemianę, jaką przeszła Riddle od momentu, kiedy naprawdę zaczął ją poznawać. W trudnych chwilach wspominał ich rozmowę ostatniego dnia wakacji w Riddle Manor. Gwałtowność, z jaką zareagowała na jego ciekawość. Zamykała się wtedy w swojej skorupie, chroniącej ją przed prawdziwym życiem, a raczej odbierającą je jej. Tak wiele się od tego czasu zmieniło. Ta skorupa pękła, dużo się musiało wydarzyć, również złych rzeczy, ale Draco czuł, że są na dobrej drodze. Riddle o wiele częściej się śmiała, swobodniej zachowywała, powoli uczyła się z nim rozmawiać, gdy coś ją trapiło. To dużo dla niego znaczyło. Czuł, że łączy ich coś wyjątkowego i to nie tylko z jego strony. Nie zostało to wypowiedziane na głos, ale nie zamierzał popędzać Riddle. Ona potrzebowała więcej czasu, aby się z tym oswoić, a Draco za nic nie chciał jej spłoszyć. Czyny mówiły o wiele więcej. Na razie wystarczyło mu, że widział, jak bardzo się stara i że robi to przede wszystkim dla niego. Pochłonięty swymi rozmyślaniami Draco nawet nie zauważył, kiedy dotarli do biblioteki. Hermiona opuściła go już przy drzwiach, znikając pomiędzy regałami. Za najlepsze wyjście uznał usiąść sobie gdzieś i po prostu poczekać.
Panna Riddle od razu odnalazła regał poświęcony starożytnym runom. Mniej więcej przygotowała sobie w głowie listę pozycji, które powinny jej się przydać. Trzy odnalazła bez trudu, problem pojawił się przy czwartej księdze. W końcu po żmudnych poszukiwaniach odnalazła ją, lecz przy próbie zabrania jej, okazało się, że nie sięga. Próbowała kilkakrotnie, lecz nic z tego. Jak na złość zapomniała zabrać z pokoju różdżki, więc użycie magii nie wchodziło w grę. Zrezygnowana i poirytowana Hermiona już zamierzała pójść po Dracona, gdy ktoś sięgnął po jej książkę. Błyskawicznie spojrzała na przybysza, a na jej twarzy zagościł uśmiech.
— Ginny.
— Chyba o tę ci chodziło.
Stwierdziła z uśmiechem Ginewra, podając Hermionie zdjętą z regału książkę.
— Tak, dzięki.
— Masz trochę czasu, czy jak zwykle gdzieś pędzisz?
Zapytała Ginny, mając nadzieję, że tym razem uda jej się zatrzymać przyjaciółkę na dłużej. Hermiona pozostawała raczej nieuchwytna. Większość czasu spędzała na nauce lub z nowymi znajomymi i chłopakiem. Kiedy należała do Gryffindoru, miała z nią o wiele łatwiejszy kontakt. Ginny starała się jednak przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Najważniejsze, że w ogóle udało jej się odzyskać przyjaciółkę.
— Dam tylko Draconowi te książki i możemy gdzieś tu usiąść.
Oznajmiła po chwili zastanowienia Hermiona. Nie chciała po raz kolejny wystawiać przyjaciółki. Tłumaczenie księgi było bardzo ważne, ale przecież nic się nie stanie, jak odłoży to do jutra. Z tą myślą Hermiona zabrała pokaźny stos woluminów i ruszyła na poszukiwanie Dracona. Tak jak przypuszczała, odnalazła go przy biurku znajdującym się najbliżej wyjścia.
— Wypożycz te książki i zabierz do lochów. Spotkałam Ginny i chciałyśmy jeszcze porozmawiać.
Draco spojrzał podejrzliwie na Hermionę, która postawiła przed nim stos książek. Naprawdę sądziła, że zamierza ją tu zostawić samą? Naiwna.
— Poczekam, aż skończycie.
— To może potrwać.
— Mam czas.
Dla podkreślania swych słów Draco rozsiadł się wygodnie na krześle, zakładając ręce za głowę. Hermiona postanowiła ugryźć się w język i tego nie komentować.
— Jak chcesz.
Powiedziała tylko, po czym się oddaliła. Ginny czekała na nią przy regale, gdzie ją zostawiła.
— Możemy iść.
Dziewczyny ruszyły w odległy kąt biblioteki z dala od pani Pince, która nie tolerowała rozmów w bibliotece. Czytelnia była niemal pusta, co ułatwiło im znalezienie miejsca.
— Wieki się już z tobą nie widziałam. W końcu mogę porozmawiać z kimś normalnym. Jeszcze jeden dzień z Lavender i zacznę się cofać w rozwoju.
— Chyba nie jest aż tak źle.
Powiedziała bez przekonania Hermiona, lecz widząc pełną powątpiewania minę przyjaciółki, już wiedziała, że nie ma racji.
— Mówisz, jakbyś jej nie znała. Teraz dodatkowo non stop zachwyca się moim bratem, który aż się przy tym rozpływa.
Ginny musiała to w końcu z siebie wyrzucić. Ron i Lavender doprowadzali ją do szału. Oczywiście cieszyła się, że jej brata jest szczęśliwy, ale czy musiał się z tym tak odnosić? Bardziej irytujące pary od tej dwójki nigdy nie spotkała. Nieustannie się do siebie kleili, oplatając się niczym diabelskie sidła, szeptali sobie czułe słówka, obściskiwali się po kątach, a nawet przy ludziach. Słodycz, jak od nich emanowała, u normalnego człowieka wywoływała mdłości.
— Lavender to niezbyt błyskotliwa istota, ale najwidoczniej Ron jest z nią szczęśliwy, skoro nadal ze sobą są. Może z czasem i ona zmądrzeje.
Hermiona starała się pocieszyć przyjaciółkę, choć zdawała sobie sprawę, że Lavender to ciężki przypadek. Mogła ją śmiało porównać do Pansy, z którą nie wyobrażała sobie spędzać więcej czasu niż to konieczne.
Ginny powinna się jednak oswoić z myślą, że Brown to wybranka jej brata i nawet jeśli to świeża sprawa, pewnego dnia może stać się jej bratową.
— Pozostaje mi tylko wierzyć, że mój brat się opamięta. A tobie Malfoy nie daje za bardzo popalić?
— Nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać.
— Nadal nie mogę uwierzyć, że się spotykacie. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że twoim pierwszym chłopakiem będzie właśnie on.
— Uwierz mi, że mnie tym bardziej, ale się stało.
— Ty go naprawdę traktujesz poważnie.
— Tak.
Odpowiedziała bez zastanowienia Hermiona. Dracona traktowała jak najbardziej poważnie. Był dla niej opoką, przyjacielem, po prostu kimś wyjątkowym. Nigdy nie sądziła, że spotka ją tak wielkie szczęście i trafi na swojej drodze na kogoś takiego, kto zaakceptuje ją taką, jaka jest.
— Nawet jeśli to Malfoy cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
Powiedziała Ginny, uśmiechając się do przyjaciółki. Malfoy, nie Malfoy, Hermiona dobrze się przy nim czuła i tylko to się liczyło.
— Ty chyba też nie narzekasz.
Mówiąc to, Hermiona spojrzała wymownie na Ginny, która o ile to możliwe rozpromieniła się jeszcze bardziej.
— Nie narzekam. Harry jest naprawdę cudowny.
Hermiona nie spodziewała się usłyszeć niczego innego. Ginny durzyła się w Harrym, odkąd tylko pamiętała. Żaden jej chłopak nie był w stanie go zastąpić, z czego zwykle szybko zdawała sobie sprawę. W końcu jednak nieśmiały i zamknięty w sobie Potter zdecydował się na ten pierwszy krok. Hermiona już od dawna podejrzewała, że on również podkochuje się w rudej, lecz nie ma śmiałości jej o tym powiedzieć. Żałowała tylko, że nie może uczestniczyć w ich szczęściu.
— Trochę się o niego martwię. Strasznie się tym wszystkim przejmuje i ma mętlik w głowie, a ja nie wiem, jak mu pomóc.
Ginny momentalnie spoważniała, co oznaczało, że naprawdę się martwi.
— Co masz na myśli?
— Widzę, że Harry też za tobą tęskni, ale Dumbledore miesza mu w głowie. Nie rozumiem, po co to robi, ale opowiada o tobie straszne rzeczy, jakby za wszelką cenę chciał, żeby Harry cię znienawidził.
Wyznała Ginny, czekając na reakcję przyjaciółki. Uznała, że musi jej o tym powiedzieć. Harry już dawno starałby się pogodzić z Hermioną, gdyby nie dyrektor. Na ich spotkaniach teoretycznie pokazywał mu wspomnienia związane z Voldemortem, ale tak naprawdę zawsze wciągał w to Hermionę, Ginny nie potrafiła tego pojąć, a Harry mimo licznych wątpliwości stał po stronie Albusa. Ten człowiek wiele dla niego zrobił i znaczył, dlatego nie chciał mu się przeciwstawiać, nawet jeśli czuł inaczej.
— Niczego innego się nie spodziewałam. Dumbledore mnie nienawidzi.
W głosie Hermiony dało się słyszeć żal. Dyrektor do niej i do jej rodziny pałał niespotykaną wręcz nienawiścią. Gdyby tylko mógł, zabiłby ich z zimną krwią. Nadal tego nie rozumiała, ale wiedziała, że to fakt. Nic więc w tym dziwnego, że usiłował wszystkich przeciągnąć na swoją stronę, a zwłaszcza Harry’ego. On stanowił kluczową marionetkę w jego teatrzyku. Czym, że by była historia o Czarnym Panu bez Chłopca, Który Przeżył? Dumbledore potrzebował Harry’ego po swojej stronie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
— Ale ja nadal nie rozumiem dlaczego. Dumbledore potrafi w każdym znaleźć coś dobrego, więc dlaczego oczernia cię bez powodu?
— To skomplikowane, nie chcę o tym rozmawiać.
Hermiona nie mogła wyjawić prawdy. Ginny by jej nie uwierzyła, jak zresztą nikt z Zakonu. Dla nich Albus był guru, nie potworem.
— W porządku, zmieńmy temat.
Zasugerowała Ginny, choć strasznie chciała poznać prawdę. Ta sytuacja stawała się coraz bardziej zagmatwana i niejasna. Dlaczego dyrektor nienawidził Hermiony? Po co usiłował zniechęcić do niej Harry’ego? Zamierzała dołożyć wszelkich starań, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

— Jeszcze raz czymś we mnie rzucisz, a ukręcę ci ten pusty łeb.
Warknęła wkurzona do granic możliwości Hermiona do siedzącego ławkę za nią Dracona. Od przeszło piętnastu minut rzucał w nią papierowymi kulkami, które miała już niemal wszędzie.
— Ja nic nie robię.
Stwierdził Draco, uśmiechając się niczym wcielenie niewinności. Ogniki w oczach Riddle mówiły mu, że zaraz przekroczy granicę jej cierpliwości. Idealna rozrywka na OPCM.
— Zginiesz marnie, poczwaro.
Powiedziała Hermiona, odwracając się do swojej ławki. Jeszcze chwila i zrobi temu idiocie krzywdę. Przechodził dzisiaj samego siebie, a ona jakoś nie miała ochoty podpaść Marst. Ostatnio i tak odnosiła wrażenie, że nauczycielka nieustannie ją obserwuje, traktując jednocześnie niczym powietrze. Hermionie wydawało się to niezwykle podejrzane. Już wolała jej jawną niechęć.
— Pan Malfoy ewidentnie się nudzi. Zapraszam do odpowiedzi.
Nagle do konfliktu pary Ślizgonów włączyła się profesor Marst. Obecni w klasie jak jeden mąż spojrzeli na Dracona, który sprawiał wrażenie nieco zdezorientowanego.
— Ale ja…
— Zapraszam i bez dyskusji.
Draco przeklął pod nosem, ale wstał z krzesła. Wspaniale, znając Marst, tak go przemagluje, że Nędzny będzie spełnieniem marzeń.
— Proszę zacząć od ostatnich dziesięciu minut wykładu.
— Przeciwzaklęcia na uroki porażające.
— Dalej.
Draco próbował improwizować, lecz na niewiele się to zdało. Każdy jego przebłysk kończył się tym, że Eveline drążyła temat do tego stopnia, że sam zaczynał się gubić. Odpytywanie skończyło się tak, jak przypuszczał.
— W bólach wymęczony Nędzny. Radzę zacząć uważać.
— Oczywiście.
Odparł niemal przez zaciśnięte zęby Draco. Cholerna baba, jakby on jeden nie uważał na tych nudnych wykładach.
— Masz za swoje.
Stwierdziła z niekrytą satysfakcją Hermiona, gdy Draco przechodził obok jej ławki. Ten spojrzał na nią urażony, po czym zajął swoje miejsce. Ledwie to uczynił, a rozbrzmiał dzwonek kończący lekcję. Wszyscy zaczęli się zbierać, gdy nagle odezwała się profesor Marst.
— Proszę na chwilę zostać, panno Riddle.
Hermiona spojrzała zdziwiona na nauczycielkę, lecz ta nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem. O co mogło chodzić tym razem?
— Co ją dzisiaj opętało?
Zapytał ściszonym głosem Draco, stając obok Hermiony. Coraz mniej mu się to podobało. Najpierw doczepiła się do niego, a teraz każe zostać Riddle. Na próżno usiłował się w tym doszukać jakiegokolwiek sensu.
— Nie mam pojęcia.
— W razie czego jestem za drzwiami.
Zapewnił Draco, po czym jako ostatni opuścił klasę. Hermiona odprowadziła go wzrokiem, po czym podeszła do biurka nauczycielki, której dopiero teraz mogła się przyjrzeć. Wyglądała raczej kiepsko. Z nienagannej zwykle fryzury wymknęło się kilka pasm włosów, opadając niedbale na twarz. Do tego blada skóra, podkrążone i przede wszystkim smutne oczy. Ewidentnie coś trapiło profesor Marst, a Hermiona zaczęła podejrzewać, że ma to jakiś związek z jej osobą.
— Wyzwała mnie pani.
Zaczęła Hermiona, widząc, że Eveline się do tego nie kwapi. Chciała mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą. Nie zapomniała, jak ta kobieta na zlecenie Dumbledore’a dręczyła ją boginem. Nie czuła się zbyt pewnie w jej towarzystwie i wolała się trzymać od niej z daleka.
— Czy twoja matka nazywa się Julianne?
— Dlaczego pani o to pyta?
Zapytała niepewnie Hermiona, zaczynając  odczuwać lekki niepokój. Dlaczego ta kobieta interesowała się jej rodziną? Niejednokrotnie dawała jej do zrozumienia, że gardzi jej pochodzeniem i wszystkim, co z nim związane. Jej zainteresowanie nie mogło oznaczać niczego dobrego.
— Po prostu odpowiedz.
— Ja nie muszę z panią na ten temat rozmawiać.
— Powiesz mi ty albo zwrócę się z tym do dyrektora.
Hermiona zaczęła się naprawdę denerwować. Nauczycielka zdawała się jej grozić, doskonale widząc, że Albus stara się ją za wszelką cenę zniszczyć. Nie wiedziała, co robić.
— Więc?
Ponagliła ją Eveline, widząc wahanie dziewczyny. Potrzebowała tej informacji. Ta małolata nawet nie zdawała sobie sprawy, jak wiele zależy od tej jednej odpowiedzi.
— Tak, moja matka ma na imię Julianne.
— Możesz odejść.
— Słucham?
— Żegnam.
Nieco przestraszona Hermiona pospiesznie opuściła klasę. Zachowanie nauczycielki po prostu ją przerażało. Nie wiedziała ona jednak, że ma ku temu poważne powody. Zaraz po jej wyjściu Eveline sięgnęła do szuflady, wyciągając z niej list. Nie sposób zliczyć, ile razy zdążyła go już przeczytać, lecz uczyniła to ponownie.


Droga Eveline

Nie znasz mnie, ale mnie było dane poznać Twoją matkę. Estera była najwspanialszą i najdzielniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, jak wiele jej zawdzięczam. Bardzo mi przykro z powodu śmierci jej i Twojego ojca, za którą wiem, że nas obwiniasz. Masz ku temu powody, ale nie takie, jak sądzisz. Mój mąż i ja zawdzięczamy Esterze drugie życie. Pomogła nam, gdy oboje traciliśmy już nadzieję. Niestety przypłaciła to życiem. Z naszego powodu dopuściła się zdrady, która zakończyła się tragedią. Nawet nie wiesz, ile bym dała, aby temu zapobiec. Domyślam się, że możesz mi nie wierzyć, dlatego mam dla Ciebie coś, co powinno Cię przekonać. Spójrz głębiej, aby dostrzec prawdę o świecie, który cię otacza.

Julianne                             


Eveline odłożyła list na biurko i sięgnęła po jeszcze jeden skrawek pergaminu znajdujący się w kopercie. Jego treść znała już na pamięć, ale za każdym razem, gdy trzymała do w rękach, czuła ucisk w klatce piersiowej.


Tom jest w Albanii.
Nie trać nadziei, moje dziecko.
Bądź silna i nigdy nie wątp.
Tylko tak zdołasz go odnaleźć.

Estera


Rzuciła na ten pergamin całą maskę zaklęć, aby sprawdzić jego autentyczność, co do której nie miała już wątpliwości. Uroki nie kłamały, a pismo swojej matki poznałaby wszędzie. Dlaczego jednak miałaby ona kontaktować się z żoną Voldemorta? Matka z ojcem od zawsze stali po stronie Dumbledore’a. Do dzisiaj sądziła, że oddali za Zakon życie. Gdyby chodziło wyłącznie o list od tajemniczej Julianne zapewne nawet by się nie przejęła. Same słowa nic nie znaczą. Mogą one tworzyć niezliczone historie, które mijają się z prawdą. Sądziła, że jej rodzice zginęli na ściśle tajnej misji z rąk Voldemorta. Sam Dumbledore jej to oświadczył, składając najszczersze kondolencje. Skąd więc w tym wszystkim miejsce na żonę Riddle’a i jej tajemnicze układy z Esterą? W głowie Eveline pojawiło się tak wiele pytań. Dlaczego nigdy nie dowiedziała się, w jakiej misji zginęli jej rodzice? O co chodziło z tym odnalezieniem i Albanią? Przecież Voldemort się ukrywał, zbierał siły, aby ponownie uderzyć, więc jego żona powinna doskonale wiedzieć, gdzie przebywa, a nie go szukać. I najważniejsze, czego dowiedziała się jej matka, co skłoniło ją do pomocy wrogowi? Eveline widziała już tylko jedno, niczego nie mogła być pewna. Potrzebowała więcej informacji, które zamierzała zdobyć za wszelką cenę. Ktokolwiek zamordował jej rodziców, odpowie za to. Nie chciała nawet myśleć, co będzie, gdy okaże się, że to jej sprzymierzeńcy są odpowiedzialni za ich śmierć. Nie spocznie, póki się tego nie dowie.

♥ ♥ ♥ ♥ ♥

— Co tam masz?
Takie pytanie padło z ust Julianne, która niespodziewanie pojawiła się w salonie. Tom siedział tam na kanapie, trzymając coś na kolanach.
— Nasz rodzinny album.
Odpowiedział po chwili wahania Tom, wiedząc, że i tak nie udam mu się ukryć prawdy. Tak jak się spodziewał, zainteresował żonę na tyle, że natychmiast usiadła obok niego.
— Pamiętam to zdjęcie. Hermiona skończyła wtedy miesiąc.
Julianne z rozczuleniem przyglądała się fotografii, na której Tom kołysał na rękach ich maleńką córeczkę. Otaczały ich białe róże pnące się po altance, w której się znajdowali.
— Myślałem wtedy, że będę dobrym ojcem.
Przyznał z nutą goryczy Tom, nie odrywając wzroku od zdjęcia. Narodziny Margaret wspominał jako najpiękniejszy dzień w życiu. Gdy po raz pierwszy spojrzała na niego takimi samymi oczami, jak jego już wiedział, że przepadł. Świat zdawał się wtedy zatrzymać, aby jak najdłużej mógł się cieszyć tą chwilą. Wraz z jej porwaniem wyrwano mu serce, które miał już nigdy nie wrócić na swoje miejsce.
— I jesteś. Hermiona znowu jest z nami i teraz możemy być rodziną.
— Obawiam się, że ja nigdy nie będę dla niej ojcem.
Tom w końcu wypowiedział na głos to, co nękało go, odkąd Hermiona się odnalazła. Przez te wszystkie lata skrycie marzył o tym dniu. W nieskończoność wyobrażał sobie, co by było, gdyby ich maleńka Margaret jednak wróciła. Jego wizje okazały się jednak daleki od rzeczywistości. W zasadzie wszystko poszło nie po jego myśli i obawiał się, że już nic tego nie zmieni.
— Tom, ona potrzebuje czasu i ty również musisz jej w tym pomóc. Postaraj się ją poznać i pozwól jej na to samo. Nie zamykaj się przed nią i nie ograniczaj do formalności, a zobaczysz efekty.
— Wierzysz we mnie bardziej niż ja sam.
— Wiem, że kochasz ją równie mocno, jak ja, a to najważniejsze. Kieruj się tym uczuciem, a wszystko się ułoży.
Po tych słowach Julianne przytuliła się do męża, aby dodać mu otuchy. Rozumiała, że się boi, ale nie mógł pozwolić, aby strach nim zawładnął. Musiał zdać się na instynkt, który bez wątpienia wskaże mu właściwą drogę, którą ona pomoże mu podążać. Los dał im szanse, aby znowu byli rodziną i wiedziała, że tak się stanie. Odzyskali ukochane dziecko, więc mogło być już tylko lepiej.